Nie wiem co w poprzednim wcieleniu zrobiłam św. Walentemu ale musiało to być coś strasznego, bo od pierwszych wspólnych z amelkowym Tatą walentynek coś nam te obchody święta miłości nie wychodzą. Kiedy wspominam te pamiętne pierwsze wspólne walentynki, to owszem widzę Marka w moim łóżku ALE... powalonego grypą stulecia z niemal 40C gorączką i mnie biegnącą do apteki po coś na zbicie temperatury. A potem jeszcze na koniec dnia ten telefon i wiadomość, że zmarł mój dziadek... A myślałam wtedy, że chłopak nie będący w stanie ruszyć się z łóżka i zabrać mnie na romantyczną randkę to już było źle. Jak widać życie zawsze umie postawić nas do pionu i pokazać co tak naprawdę jest ważne...
Niemniej żeby tradycji stało się zadość, regularnie od tamtych walentynek przed 13 laty, ktoś (Walenty??) czy coś (zły los?) w okolicach 14 lutego zsyła na nasz dom choroby i problemy takie, że witki opadają, Chorowaliśmy oboje rok temu, i dwa lata temu i rok wcześniej. Jedyne "zdrowe" walentynki, jakie pamiętam przez te wszystkie lata to chyba te z 2012 r.
W tym roku chciałam oszukać los i myśląc (o ja naiwna), że jesli ten dzien spędzimy osobno to jakos wszyscy cali i zdrowi dotrwamy do końca lutego. No przecież, wylatując do Polski 9go lutego byłam całkiem zdrowa i M. którego zostawiłam w domu też wyglądał na okaz zdrowia. Nawet w samą niedzielę 14 lutego wstałam z uśmiechem i myslą, jak to dobrze witać ten dzień bez zatkanego nosa i tony husteczek walających się w okolicy łóżka. Moja radość niestety była krótkotrwała bo niedługo po śniadaniu dostałam wiadomość od męża iż powalony jakimś paskudnym wirusem spędza dzień w łóżku i ledwo jest w stanie zejść na dół do kuchni po obiad (jak dobrze, że przygotowałam mu te kilka obiadów i zapakowałam do zamrażarki "na wszelki wypadek" ;) )
Radość z mojego dobrego zdrowia też trwała krótko, bo już po trzech dniach od powrotu z Polski i mnie dopadło. W piątek i sobotę w pracy byłam z temperaturą i ledwo dotrwałam do niedzielnego poranka. Od soboty jestem na antybiotyku i choć jestem jeszcze słaba to widzę (optymistycznie) siebie wychodzącą na prostą w ciągu najbliższych kilku dni. Jak dobrze, że Amelia jest zdrowa i chodzi do szkoły a ja korzystając że mam wolne od niedzieli do piątkowego wieczora oszczędzam się, leżakuję to w łóżku, to na sofie etc. Nadrabiam zaległości blogowe, mailowe, filmowe. Czytam książki i generalnie lenię się...
Chyba będę zdrowa bo czuję, że do pasji doprowadza mnie brud, którym zarasta mi dom i mam ochotę, zerwać się z łóżka i ze ścierą przelecieć po wszystkich kątach ;)
A zaraz potem przypominam sobie, że ja i moje zdrowie i porządny odpoczynek jest ważniejszy niż jakieś tam prasowanie czekające na swoją kolej. Czeka od weekendu to jeszcze przez dzień nic mu się nie stanie...
Ten 2015 rok w którym mnie nie było w blogowym świecie bardzo dużo mnie nauczył, zmienił i pokazał, że jeśli sama o siebie nie zadbam to nikt tego za mnie nie zrobi. Zycie rzuciło mną o deski i pokazało, że są problemy, które naprawdę mają wpływ na nasze życie, ale nieodkurzone podłogi czy brudny talerz w zlewie wcale do nich nie należą. Dawniej wpadłabym w depresję próbując udowodnić wszystkim (a najbardziej sobie), że ogarniam to wszystko i kosztem swojego zdrowia, szczęścia czy wewnętrznej równowagi miałąbym ugotowany 3 daniowy obiad, błysk w domu i jeszcze dwa etaty w pracy z nadgodzinami zrobione. Tyle, że w końcu doszłam do tego, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze ale że są także i te całkiem nie ważne pierdoły, które zatruwają naszą przestrzeń i burza harmonię. Wiem, że to wszystko bardzo chaotyczne co piszę i może kiedyś, kiedy upłynie wystarczająco dużo czasu uda mi się zebrać wszystkie moje doświadczenia i emocje z tamtego okresu w jedną całość i jakoś to posklejać w zdania nadające się do opublikowania na blogu.
Dziś przez malutką chwilkę miałam ochotę się nad sobą poużalać i poskarżyć jak jestem słaba i źle się czuję, że mama daleko, mąż w pracy i nawet herbaty nie ma kto przynieść z dołu etc, a potem sama siebie złapałam za "warkoczyk" i ustawiłam do pionu. Kurczę, przecież mam antybiotyk a na zapalenie oskrzeli się nie umiera w dzisiejszych czasach. Przecież, skoro dziś mam siłę pomyśleć o sprzątaniu to jutro pewno będę miałą siłę na ogarnięcie tego bałaganu.A jak nie jutro to pojutrze... No i po herbatkę udało się zejść i nie paść na kuchennym progu ;)
A w przyszłym roku spróbujemy z M. innego podejścia do 14go lutego i zamiast Walentego będziemy obchodzić św. Cyryla i Metodego (ależ ma ten amelkowyTata czasem pomysły ;) hehe)
A Walentynki zostawimy innym "zakochanym" jak np mojej niemal 7letniej córce i jej pierwszej szkolnej miłości o pięknym staro-szkockim imieniu Rhuairdh (czyt. Ruri ;) )
ps. czy można być pesymistą jedząc jagody?? Bo ja jakoś nie umiem się nie uśmiechnąć na widok tych małych fioletowych kuleczek, które znalazłam w lodówce w trakcie mojej wyprawy do kuchni ;)


Dużo zdrowia życzę. ...mnie też powaliło chorobsko i leżałam prawie tydzień z gorączką. ..teraz dochodzę do siebie....byle do wiosny...
ReplyDeletedziękuję...i też zyczę szybkiego powrotu do formy x
ReplyDeletek.
Dla nas caly tegoroczny luty jest pechowy... O Walentynkach nawet nie myslelismy... Chociaz nasza cora przyniosla z przedszkola caly stos kartek, cukierkow i innych duperelkow w rozowe serduszka. :) A mi sie glupio zrobilo, bo nic nie przyszykowalam dla jej kolegow, zupelnie nie mialam do tego glowy...
ReplyDelete