Właściwie to nie jadą a lecą i właściwie to nie dokładnie w tej chwili ale już bardzo bardzo niedługo :)
W czwartek po południu M. odbierze z lotniska w Edynburgu amelkową matkę chrzestną (a moją młodszą sister) Paulinę i jej dwie córeczki Martę i Maję!
Jak ja się nie mogę doczekać!
Na towarzystwo w domu dla siebie (Pala) i towarzystwo dla Amelka (M&M).
Niech już będzie ten czwartek! Niech już przylecą!
A najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że jak przylecą to już zostaną na święta!
Po raz pierwszy od 5ciu lat będziemy spędzać Boże Narodzenie w gronie większym niż nasza trójka!
oj ale się niecierpliwa zrobiłam przez to oczekiwanie :D
About Me
- KiniaMamaAmelki
- Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,
Tuesday, 29 November 2011
Thursday, 24 November 2011
Christmas spirit...
Córka nasza, Amelia na całego dba, żebym (żebyśmy oboje z M. jeśli akurat jest w domu) była w świątecznym nastroju już od połowy listopada. Co rano od dni sama już nie wiem ilu (5?6? straciłam rachubę) przynosi mi do łóżka dvd ze świątecznymi przygodami Myszki Miki&spółki.
Jeszcze zanim zagotuję wodę na kawę i zdołam otworzyć oczy, ona (Amelia w sensie) już przeżywa jak Daisy i Minnie walczą na lodwisku o palmę zwycięstwa i do tego próbuje je naśladować.
Ja rozumiem jej najnowszą fascynację mysimi przygodami (kto jej nie przeżywał??) ale żeby aż tak na okrągło jak dzień długi i szeroki po domu niosło się We wish you a merry christmas... i to w nie najlepszym wykonaniu kaczora Donalda??
Na pocieszenie pozostaje fakt, że przynajmniej nie mamy połowy lipca i że jeszcze inni mają gorzej...
A mają :)
Np. Nicola - koleżanka z pracy w zeszłą sobotę dostała sms'a ostrzegającego, żeby nie przeżyła szoku po powrocie do domu, bo siostra, która z nią mieszka na życzenie swego 5 letniego synka ubrała choinkę i udekorowała dom świątecznymi ozdobami i ponoć więcej tego niż w całym naszym centrum handlowym...
Ja jakoś znoszę Myszkę Miki w świątecznym wydaniu ale choinki w swoim domu w listopadzie bym nie zniosła.......
Ho ho ho!
Jeszcze zanim zagotuję wodę na kawę i zdołam otworzyć oczy, ona (Amelia w sensie) już przeżywa jak Daisy i Minnie walczą na lodwisku o palmę zwycięstwa i do tego próbuje je naśladować.
Ja rozumiem jej najnowszą fascynację mysimi przygodami (kto jej nie przeżywał??) ale żeby aż tak na okrągło jak dzień długi i szeroki po domu niosło się We wish you a merry christmas... i to w nie najlepszym wykonaniu kaczora Donalda??
Na pocieszenie pozostaje fakt, że przynajmniej nie mamy połowy lipca i że jeszcze inni mają gorzej...
A mają :)
Np. Nicola - koleżanka z pracy w zeszłą sobotę dostała sms'a ostrzegającego, żeby nie przeżyła szoku po powrocie do domu, bo siostra, która z nią mieszka na życzenie swego 5 letniego synka ubrała choinkę i udekorowała dom świątecznymi ozdobami i ponoć więcej tego niż w całym naszym centrum handlowym...
Ja jakoś znoszę Myszkę Miki w świątecznym wydaniu ale choinki w swoim domu w listopadzie bym nie zniosła.......
Ho ho ho!
Sunday, 20 November 2011
ząbki...
Kiedyś myślałam, że największy problemy jakie może mieć małe dziecko z ząbkami wiąże się z ząbkowaniem, opuchniętymi, obolałymi dziąsełkami, bezsennymi nocami itd..
Myśle, że każdy kto ma malutkie dziecko rozumie o czym piszę..
Nasze problemy z ząbkami Amelki zdaje się dopiero się zaczynają..
W czasie ząbkowania nie mieliśmy z nią naprawde większych problemów. Może dwa-trzy dni marudzenia i lekkiego popłakiwania a potem pop i już był ząbek...
Ostatnia piątka przebiła się jej kilka tygodni temu i dziś już możemy się pochwalić kompletnym uzębieniem (się znaczy Amelka może się pochwalić) :)
No ale wracając do naszych problemów. To nie mamy ich właściwie z samymi ząbkami a raczej z ich higieną.
Amelia za każdym razem kiedy mówimy jej, że idziemy myć ząbki z uśmiechem biegnie do łazienki a potem...
a potem za nic na świecie nie otworzy buzi i nie pozwala sobie szczotkować ząbków. Zeby je wyszorować potrzeba 2 dorosłych osób.
Najczęściej wygląda to tak, że M. siada, bierze Amelię na kolana a potem jedną ręką przytrzymuje ją za czoło a drugą za obie rączki (sposób, który pokazał nam chirurg w szpitalu, kilka miesięcy temu sprawdzając amelkowy języczek - ale to historia na innego posta).
no ale wracając do ząbków, to kiedy Amelka jest już unieruchomiona, wrzeszczy w niebogłosy ( i dzięki Bogu otwiera szeroko paszczę), ja padam na kolana i szczotkuję ząbki.
Zwykle z chwilą zakończenia czynności, obsychają łezki obficie spływające po pucołowatych polikach i wszytko się uspokaja (sąsiedzi muszą myśleć, że co wieczór maltretujemy dziecko) i Amela po kilku minutach nie pamięta nawet co się działo.
Tylko ja się martwię bo sama już nie wiem co wymyślić, żeby przekonać Amelkę o konieczności powtarzania tej czynności każdego dnia (że o kilku razach dziennie nie wspomnę).
Nasza dentystka, którą Amelia też już miała przyjemność poznać nie była w stanie nic nam poradzić. Stwierdziła jedynie, że sama nie ma jeszcze dzieci, więc osobistych doświadczeń nie posiada żadnych w temacie ale że rodzice innych dzieci (jej pacjentów) opowiadali jej np. o oplataniu drącego się szkraba nogami rodzica i jak w przypadku Amelki szorowanie na siłę...
No dziękuję, ale mi taka rada nie pomaga. Nie tego oczekiwałam i szczerze mówiąc wróciłam po wspomnianej wizycie porządnie zła i rozczarowana.
Może wy macie jakieś rady w temacie? Bo ja już sama nie rozumiem co się nagle stało z Amelką, że tak znienawidziła zwykłe szczotkowanie ząbków? Dodam tylko, że w przeszłości nigdy nie miała z tym specjalnych problemów. Może kiedy ząbkowała i dziąsełka miała trochę obolałe, zapłakała od czasu do czasu przy myciu ale to było wszystko. A tej jesieni coś jej się nagle zmieniło i zaczęła wpadać w histerię za każdym razem.
Niech mi ktoś powie, że z tego wyrośnie?
PLEASE
Myśle, że każdy kto ma malutkie dziecko rozumie o czym piszę..
Nasze problemy z ząbkami Amelki zdaje się dopiero się zaczynają..
W czasie ząbkowania nie mieliśmy z nią naprawde większych problemów. Może dwa-trzy dni marudzenia i lekkiego popłakiwania a potem pop i już był ząbek...
Ostatnia piątka przebiła się jej kilka tygodni temu i dziś już możemy się pochwalić kompletnym uzębieniem (się znaczy Amelka może się pochwalić) :)
No ale wracając do naszych problemów. To nie mamy ich właściwie z samymi ząbkami a raczej z ich higieną.
Amelia za każdym razem kiedy mówimy jej, że idziemy myć ząbki z uśmiechem biegnie do łazienki a potem...
a potem za nic na świecie nie otworzy buzi i nie pozwala sobie szczotkować ząbków. Zeby je wyszorować potrzeba 2 dorosłych osób.
Najczęściej wygląda to tak, że M. siada, bierze Amelię na kolana a potem jedną ręką przytrzymuje ją za czoło a drugą za obie rączki (sposób, który pokazał nam chirurg w szpitalu, kilka miesięcy temu sprawdzając amelkowy języczek - ale to historia na innego posta).
no ale wracając do ząbków, to kiedy Amelka jest już unieruchomiona, wrzeszczy w niebogłosy ( i dzięki Bogu otwiera szeroko paszczę), ja padam na kolana i szczotkuję ząbki.
Zwykle z chwilą zakończenia czynności, obsychają łezki obficie spływające po pucołowatych polikach i wszytko się uspokaja (sąsiedzi muszą myśleć, że co wieczór maltretujemy dziecko) i Amela po kilku minutach nie pamięta nawet co się działo.
Tylko ja się martwię bo sama już nie wiem co wymyślić, żeby przekonać Amelkę o konieczności powtarzania tej czynności każdego dnia (że o kilku razach dziennie nie wspomnę).
Nasza dentystka, którą Amelia też już miała przyjemność poznać nie była w stanie nic nam poradzić. Stwierdziła jedynie, że sama nie ma jeszcze dzieci, więc osobistych doświadczeń nie posiada żadnych w temacie ale że rodzice innych dzieci (jej pacjentów) opowiadali jej np. o oplataniu drącego się szkraba nogami rodzica i jak w przypadku Amelki szorowanie na siłę...
No dziękuję, ale mi taka rada nie pomaga. Nie tego oczekiwałam i szczerze mówiąc wróciłam po wspomnianej wizycie porządnie zła i rozczarowana.
Może wy macie jakieś rady w temacie? Bo ja już sama nie rozumiem co się nagle stało z Amelką, że tak znienawidziła zwykłe szczotkowanie ząbków? Dodam tylko, że w przeszłości nigdy nie miała z tym specjalnych problemów. Może kiedy ząbkowała i dziąsełka miała trochę obolałe, zapłakała od czasu do czasu przy myciu ale to było wszystko. A tej jesieni coś jej się nagle zmieniło i zaczęła wpadać w histerię za każdym razem.
Niech mi ktoś powie, że z tego wyrośnie?
PLEASE
Thursday, 17 November 2011
5 lat
Dziś mija dokładnie 5 lat, od kiedy wylądowaliśmy na szkockiej ziemi. I to wylądowaliśmy dosłownie - lotnisko w Edynburgu tego dnia spowite było ciężkimi chmurami, było wietrznie i deszczowo i generalnie jakoś bardzo szaro....
Na dodatek wieczorem przed odlotem z Polski okazało się, że możemy nie mieć gdzie mieszkać po przylocie no i niestety faktycznie, pierwsza bezsenna noc spędzona w obskurnym hostelu, w 14 osobowym pokoju, na piętrowych łóżkach...
Dużo czasu minęło od tego dnia i naprawdę rzadko wracam do tych wspomnień. Dzisiejsza noc jakże inna od tamtej sprzed 5 lat....
...w przytulnym mieszkanku, ze śpiącym M. obok i Amelką cicho posapującą przez sen w sąsiednim pokoju...
Wtedy nie znaliśmy tutaj nikogo, nie mieliśmy pracy, mieszkania, przyjaciół...
Tylko 2 plecaki i siebie nawzajem...
Dziś wracając myślami do wydarzeń z ostatnich 5 lat uświadamiam sobie, jak wiele się zmieniło...
Daliśmy radę - w ciemno wyemigrować z kraju, a mimo wszystko nie poddać się i ułożyć sobie życie, poznać nowych przyjaciół, założyć rodzinę...
Dziś mamy prace, mieszkanie, dziecko, przyjaciół i dobytek, którego za nic nie dało by się zmieścić w 2 plecakach...
i nadal mamy siebie nawzajem i swoją miłość :)
Na dodatek wieczorem przed odlotem z Polski okazało się, że możemy nie mieć gdzie mieszkać po przylocie no i niestety faktycznie, pierwsza bezsenna noc spędzona w obskurnym hostelu, w 14 osobowym pokoju, na piętrowych łóżkach...
Dużo czasu minęło od tego dnia i naprawdę rzadko wracam do tych wspomnień. Dzisiejsza noc jakże inna od tamtej sprzed 5 lat....
...w przytulnym mieszkanku, ze śpiącym M. obok i Amelką cicho posapującą przez sen w sąsiednim pokoju...
Wtedy nie znaliśmy tutaj nikogo, nie mieliśmy pracy, mieszkania, przyjaciół...
Tylko 2 plecaki i siebie nawzajem...
Dziś wracając myślami do wydarzeń z ostatnich 5 lat uświadamiam sobie, jak wiele się zmieniło...
Daliśmy radę - w ciemno wyemigrować z kraju, a mimo wszystko nie poddać się i ułożyć sobie życie, poznać nowych przyjaciół, założyć rodzinę...
Dziś mamy prace, mieszkanie, dziecko, przyjaciół i dobytek, którego za nic nie dało by się zmieścić w 2 plecakach...
i nadal mamy siebie nawzajem i swoją miłość :)
Sunday, 13 November 2011
someone, shoot me please!
Walczę z tzw. "wirusem zimowym", całonocna biegunka i wymioty plus mega ból żołądka.
5 kolegów z pracy też to ma i dziś chyba naprawde Ci, którzy przyszli do pracy mieli ciężki dzień.
Nie lubie zawodzić i nie przychodzić do pracy, ale dziś naprwde to było ponad moje możliwości...
A wszystko przeplatane myślą, żeby tylko nie zarazić Amelki!
Jak się jakoś ogarnę znów będę pisać..
oby tylko przetrzymać jakoś kolejne 2-3 dni i będzie znowu dobrze...
5 kolegów z pracy też to ma i dziś chyba naprawde Ci, którzy przyszli do pracy mieli ciężki dzień.
Nie lubie zawodzić i nie przychodzić do pracy, ale dziś naprwde to było ponad moje możliwości...
A wszystko przeplatane myślą, żeby tylko nie zarazić Amelki!
Jak się jakoś ogarnę znów będę pisać..
oby tylko przetrzymać jakoś kolejne 2-3 dni i będzie znowu dobrze...
Thursday, 10 November 2011
stary blog
Nasz poprzedni blog na Operze, nie zostaje skasowany i mam nadzieję, że uda mi się go zachować dla Amelki na pamiątkę.
Dla zainteresowanych podaję poprzedni adres:
http://my.opera.com/AmelkowaMama/blog/
A od dziś już na blogspocie, na bierząco i regularnie.
Dobrze się tu z Amelką czujemy :)
Dla zainteresowanych podaję poprzedni adres:
http://my.opera.com/AmelkowaMama/blog/
A od dziś już na blogspocie, na bierząco i regularnie.
Dobrze się tu z Amelką czujemy :)
Z archiwum Amelkowej Mamy - Październik 2011
Trochę to trwało, ale doszliśmy właśnie do ostatniej "archwialnej" notki i od kolejnego posta będziemy prowadzić bloga na bieżąco.
Zależało mi na opisaniu poprzedniego roku, przede wszystkim dla Amelki. Mam nadzieję, że kiedyś w przyszłości będzie mogła poczytać moje wpisy osobiście i że będzie to dla niej jakaś pamiątka.
włoska zupa i jej wpływ na dziecko
Zależało mi na opisaniu poprzedniego roku, przede wszystkim dla Amelki. Mam nadzieję, że kiedyś w przyszłości będzie mogła poczytać moje wpisy osobiście i że będzie to dla niej jakaś pamiątka.
Pisałam to wszystko też niejako dla siebie i Marka. Mając małe dziecko w domu, dużo się dzieje niemal każdego dnia a z upływającym czasem pamięć staje się coraz bardziej zawodna i wydarzenia, które szczególnie chcielibyśmy zapamiętać stają się coraz bardziej ulotne aż w końcu zapomniane.
Mam nadzieję, że dzięki temu blogowi choć trochę zostanie zachowane.
Październik, to miesiąc w którym po niemal rocznej przerwie (nie licząc pojedynczego lipcowego posta) wróciłam do blogowania. To miesiąc odkrycia blogspota i pierwszych planów przeprowadzki blogowej.
Jak narazie jestem z nowego miejsca bardzo zadowolona, jakby weny przybyło i aż chce się pisać więcej.
Oby tak dalej :D
A poniżej, dwa październikowe posty (ostatnie jakie ukazały się na poprzednim blogu)
włoska zupa i jej wpływ na dziecko 
W poniedziałek na obiadek Amelka zjadła pięknie miseczkę zupy minestrone.
Poprawiła kubeczkiem soku i danonkiem i po prawie 45min siedzenia w krzesełku do karmienia mogła wyjść i rozprostować nogi. Ku naszemu zdumieniu, zaraz po zetknięciu z podłogą zaczęła kręcić kuperkiem i podskakiwać w radosnym tańcu. A kiedy zobaczyła nasze zdziwione spojrzenia - z uśmiechem i nie przestając kręcić bioderkami rzuciła w moją stronę "MAMA! Have fun! "
Taki z niej wyrósł radosny, roztańczony Dzidziusiek 

W trakcie piątkowego spaceru poszłyśmy z Amelką do pobliskiego parku, przez który przepływa rzeka.
Nad rzeką pełno ptactwa - kaczek i łabędzi, na widok których Amela woła - Mamuś! Ducks!!
No są kaczuchy córciu, a to duże białe co do nas płynie to co to??
Amela bez chwili wahania odpowiada - PENGUINS
Nad rzeką pełno ptactwa - kaczek i łabędzi, na widok których Amela woła - Mamuś! Ducks!!
No są kaczuchy córciu, a to duże białe co do nas płynie to co to??
Amela bez chwili wahania odpowiada - PENGUINS

Wednesday, 9 November 2011
Z archiwum Amelkowej Mamy - Wrzesień 2011
W tym roku we wrześniu, dowiedzieliśmy się, iż Amela dostała miejsce w wybranym przez nas przedszkolu państwowym i w związku z tym po ukończeniu 3go roku życia będzie jak każdy szkocki maluch spędzać w przedszkolu ok 3h dziennie.
Z jednej strony nie jest to za wiele, zwłaszcza jeśli chciałoby się już wtedy wrócić do pracy w tygodniu ale z drugiej strony ma to być przygotowanie dziecka tylko do szkoły podstawowej, w której też nie spędza się jeszcze zbyt wiele czasu.
Lepiej więc oswoję się z myślą, że moje weekendy jeszcze przez kilka lat nie będą należeć tylko do mnie i rodzinki.
Co do samego września, to okazało się, że będąc w domu 5 dni w tygodniu, znów mam na wszystko dużo czasu. Jest go naprawdę sporo na zabawę tylko z Amelką, jest w końcu czas na gotowanie obiadków rodzince i zjadanie ich we wspólnym gronie i jest dużo czasu właściwie na wszystko.
Znów zaczęłam więcej czytać i cieszyć się drobnymi przyjemnościami dnia codziennego, o których właściwie już przestałam pamiętać.
Dobrze mieć samodzielne dziecko, które potrafi się zając samo sobą i pobawić ładnie dłuższą chwilę.
Mam wrażenie, że zwłaszcza od powrotu z Polski Amelka bardzo "wydoroślała". Zrobiła się bardziej samodzielna, coraz więcej nowych rzeczy ją interesuje, coraz więcej i coraz szybciej się uczy.
Jako jedynaczka (jak narazie) wychowywana z dala od najbliższej rodziny i w towarzystwie głównie dorosłych, Amela szybko nauczyła się czuć bardzo dobrze tylko we własnym towarzystwie.
Oczywiście ma dni kiedy uwielbia zabawę z innymi dziećmi (nie miała nigdy problemu z aklimatyzacją w przedszkolu i zabawami grupowymi), uwielbia bawić się z innymi dziećmi na placu zabaw. Ale kiedy jest tych zabaw i towarzystwa za dużo, lubi wracać do domu i mieć swoje zabawki i swój mały pokoik tylko dla siebie.
Podobnie jest z towarzystwem moim i Marka. Są dni, kiedy do zabawy jesteśmy Amelce niezbędni i wtedy przychodzi i ciągnie za rękę, zaprasza do zabawy i tłumaczy po swojemu czego od nas oczekuje (śmiesznie to brzmi wszystko wymieszane w języku polskim, angielskim i amelki własnym :) ) A czasem są dni kiedy najlepiej czuje się w towarzystwie swoich ulubionych misiów i lalek i rodzice sa jej do niczego nie potrzebni.
Rośnie to nasze Maleństwo i chwilami serce się ściska na wspomnienie jaka jeszcze niedawno była nieporadna i we wszystkim od nas zależna a jak bardzo chce już teraz być samodzielną i dużą dziewczynką.
A dla mnie i tak już zawsze będzie maleńkim Okruszkiem <3
Z jednej strony nie jest to za wiele, zwłaszcza jeśli chciałoby się już wtedy wrócić do pracy w tygodniu ale z drugiej strony ma to być przygotowanie dziecka tylko do szkoły podstawowej, w której też nie spędza się jeszcze zbyt wiele czasu.
Lepiej więc oswoję się z myślą, że moje weekendy jeszcze przez kilka lat nie będą należeć tylko do mnie i rodzinki.
Co do samego września, to okazało się, że będąc w domu 5 dni w tygodniu, znów mam na wszystko dużo czasu. Jest go naprawdę sporo na zabawę tylko z Amelką, jest w końcu czas na gotowanie obiadków rodzince i zjadanie ich we wspólnym gronie i jest dużo czasu właściwie na wszystko.
Znów zaczęłam więcej czytać i cieszyć się drobnymi przyjemnościami dnia codziennego, o których właściwie już przestałam pamiętać.
Dobrze mieć samodzielne dziecko, które potrafi się zając samo sobą i pobawić ładnie dłuższą chwilę.
Mam wrażenie, że zwłaszcza od powrotu z Polski Amelka bardzo "wydoroślała". Zrobiła się bardziej samodzielna, coraz więcej nowych rzeczy ją interesuje, coraz więcej i coraz szybciej się uczy.
Jako jedynaczka (jak narazie) wychowywana z dala od najbliższej rodziny i w towarzystwie głównie dorosłych, Amela szybko nauczyła się czuć bardzo dobrze tylko we własnym towarzystwie.
Oczywiście ma dni kiedy uwielbia zabawę z innymi dziećmi (nie miała nigdy problemu z aklimatyzacją w przedszkolu i zabawami grupowymi), uwielbia bawić się z innymi dziećmi na placu zabaw. Ale kiedy jest tych zabaw i towarzystwa za dużo, lubi wracać do domu i mieć swoje zabawki i swój mały pokoik tylko dla siebie.
Podobnie jest z towarzystwem moim i Marka. Są dni, kiedy do zabawy jesteśmy Amelce niezbędni i wtedy przychodzi i ciągnie za rękę, zaprasza do zabawy i tłumaczy po swojemu czego od nas oczekuje (śmiesznie to brzmi wszystko wymieszane w języku polskim, angielskim i amelki własnym :) ) A czasem są dni kiedy najlepiej czuje się w towarzystwie swoich ulubionych misiów i lalek i rodzice sa jej do niczego nie potrzebni.
Rośnie to nasze Maleństwo i chwilami serce się ściska na wspomnienie jaka jeszcze niedawno była nieporadna i we wszystkim od nas zależna a jak bardzo chce już teraz być samodzielną i dużą dziewczynką.
A dla mnie i tak już zawsze będzie maleńkim Okruszkiem <3
Z archiwum Amelkowej Mamy - Sierpień 2011
Sierpień w tym roku to powrót do szarej szkockiej rzeczywistości.
Powrót z wakacji (jak dobrze, że są te setki zdjęć do których można wracać i oglądać godzinami i przywoływać wspomnienia) oraz powrót do pracy.
Po urlopie zaczęła mnie obowiązywać nowa umowa w pracy (zmieniona zresztą na moją prośbę). Zamiast dotychczasowych 34h tygodniowo, pracuję tylko 27.5h i to na dodatek tylko w weekendy (w każdy piątek pracuję od 13.30-19.30 i w każdą sobotę i niedzielę od 7.30-19.30). Niestety oznacza to, że nie ma mnie w domu całe weekendy (czasem Amelka mnie w ciągu tych kilku dni nie widuje wcale a czasem jakieś 30min dziennie). Z drugiej jednak strony nie muszę się martwić o przedszkole, opiekunki do dzieci i mogę się Malutką zajmować jeszcze jakiś czas osobiście.
Coś za coś :)
Z archiwum Amelkowej Mamy - Lipiec 2011 cz.3
Ponieważ pierwszy tydzień naszego urlopu w Polsce to ciągłe podróże i przemieszczanie się ( wciągu 5ciu dni przejechaliśmy równo 1600km), niniejszy post będzie w głównej mierze w formie fotorelacji.
Nasze podróże w kolejności chronologicznej obejmowały:
Bochnia --> Sochaczew -->Gniezno-->Sochaczew -->Bochnia -->Bieliny k. Kielc --> Bochnia -->Kraków --> Bochnia
Mimo zmęczenia, warto było spędzić te dziesiątki godzin w samochodzie, żeby spotkać ludzi, których tak dawno nie mieliśmy okazji widzieć :)
Fotorelacja z wakacji:
Już pierwszego dnia pobytu w Sochaczewie babcia Emilka i ciocia Monika zabrały mnie na lody :)
babcia zabierała mnie na plac zabaw...
... albo do parku karmić kaczki i gołąbki (bułka choć sucha, Amelce też smakowała :) )
a jak było za gorąco, żeby wyjść na dworek to siedziałam u babci na balkonie i chlapałam się wodą
Pojechałam też do Gniezna odwiedzić dziadka Janusza...
z mamusią i tatusiem na gnieźnieńskim rynku
w Gnieznie poznałam kuzynów, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia...
dobrze, że ciocia Jadzia mnie lubi to może nie będzie zła za bieganie po rabatkach...
w Bielinach odwiedziłam prababcię Marysię
(a że upały dawały się nam mocno we znaki, najlepiej biegało się w stroju kąpielowym)...
..pomagałam cioci podlewać kwiaty w ogrodzie...
...a z babcią Emilką i prababcią Marysią szukałam cienia pod drzewkiem.
byłam też w Królówce u prababci Stasi
na krakowskim rynku
Nasze podróże w kolejności chronologicznej obejmowały:
Bochnia --> Sochaczew -->Gniezno-->Sochaczew -->Bochnia -->Bieliny k. Kielc --> Bochnia -->Kraków --> Bochnia
Mimo zmęczenia, warto było spędzić te dziesiątki godzin w samochodzie, żeby spotkać ludzi, których tak dawno nie mieliśmy okazji widzieć :)
Fotorelacja z wakacji:
Już pierwszego dnia pobytu w Sochaczewie babcia Emilka i ciocia Monika zabrały mnie na lody :)
babcia zabierała mnie na plac zabaw...
... albo do parku karmić kaczki i gołąbki (bułka choć sucha, Amelce też smakowała :) )
a jak było za gorąco, żeby wyjść na dworek to siedziałam u babci na balkonie i chlapałam się wodą
Pojechałam też do Gniezna odwiedzić dziadka Janusza...
z mamusią i tatusiem na gnieźnieńskim rynku
w Gnieznie poznałam kuzynów, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia...
dobrze, że ciocia Jadzia mnie lubi to może nie będzie zła za bieganie po rabatkach...
w Bielinach odwiedziłam prababcię Marysię
(a że upały dawały się nam mocno we znaki, najlepiej biegało się w stroju kąpielowym)...
..pomagałam cioci podlewać kwiaty w ogrodzie...
...a z babcią Emilką i prababcią Marysią szukałam cienia pod drzewkiem.
byłam też w Królówce u prababci Stasi
na krakowskim rynku
Z archiwum Amelkowej Mamy - Lipiec 2011 cz.2
Lipiec to lato, słońce, ciepełko i wakacje!!!!!!!
Ponieważ lato w tym roku w Szkocji nie dopisało wcale, tym bardziej nie mogliśmy się doczekać upragnionego urlopu i wyjazdu do Polski...
Nie byłyśmy tam z Amelką prawie od 1.5 roku a Marek to nawet prawie od 2 lat.
Do Polski polecieliśmy 11 lipca i po wylądowaniu przeżyliśmy mega szok termiczny. Wyjeżdzając rano z Edynburga temp. powietarza sięgała jakich 16C, było mgliście i deszczowo. Kilka godzin później wysiadając z samolotu w Krakowie poraził nas upał jakiego nie doświadczyliśmy od ładnych kilku lat - 36C (odczuwalna chyba z 50C), prażące słońce i powietrze, które "stało".
Dla Amelki to było pierwsze w życiu doświadczenie takich upałów i biedna przez pierwsze kilka dni nie mogła sobie z tym poradzić. Pierwszej nocy zasnęła dopiero po 1 nad ranem, przytulona do ściany (żeby było chłodniej) i tuż pod otwartym oknem.
Pierwszy dzień zaraz po przylocie, to przede wszystkim odpoczynek i spędzanie całego czasu ze stęsknioną rodzinką. Tego dnia babcia Ania i dziadek Janek obchodzili też 30tą rocznicę ślubu, więc cały dzień spędzony był tylko w ich towarzystwie. A Amelka szalała wręcz ze szczęścia w towarzystwie kuzynek Maji i Marty :)
Dzień kolejny zapowiadał się na naprawdę dłuuugi.
Najpierw odwiedziłam dawno nie widzianą ulubioną fryzjerkę Iwonę, i z rudej przerobiłam się na blondynkę (zajęło nam to prawie 3h ale tak to jest jak się nie widzi przez prawie 2 lata i oprócz włosów trzeba jeszcze nadrobić wszystkie zaległe plotki :)), po fryzjerze spotkanie z mężem, który ledwo mnie poznał (ale podobał mi się wyraz jego twarzy na widok żony blondynki ;)), szybkie zakupy, powrót do domu gdzie na stole czekał już pyszny babciowy obiadek.
A po obiadku.... spotanie z Kasią, i dawno planowana sesja zdjęciowa.
Sesja trwała prawie 2h, Kasią pstryknęła blisko 600zdjęć, z czego my na koniec dostaliśmy ich ponad 160.
My ze zdjęć jesteśmy mega zadowoleni i od tej pory reklamujemy Kasię i polecamy komu tylko się da.
Profil Kasi można znaleźć na faceboooku i jeśli ktoś jest zainteresowany innymi jej pracami bardzo polecam "Katarzyna Budzyn Photography"
A to kilka wybranych zdjęć z opisanej sesji:
Po powrocie z sesji do domu babci Ani, musieliśmy się znów szybko spakować, wsiąść w samochód i pojechaliśmy w odwiedziny do drugiej babci - Emili.
Ponieważ czekało nas do przejechania blisko 400km stwierdziliśmy, że najlepiej będzie podróżować nocą. Zawsze była większa szansa, że Amelka prześpi większą część drogi, no i nie bez znaczenia była też niższa temperatura powietrza.
Nie wyobrażam sobie Amelki (i nas zresztą też) zamkniętych w samochodzie w blisko 40C upale przez kilka godzin.
No ale najważniejsze, że po kilku godzinach jazdy (choć nie bez przygód) o 2 nad ranem dotarliśmy do Sochaczewa i stęsknionej babci :)
Ponieważ lato w tym roku w Szkocji nie dopisało wcale, tym bardziej nie mogliśmy się doczekać upragnionego urlopu i wyjazdu do Polski...
Nie byłyśmy tam z Amelką prawie od 1.5 roku a Marek to nawet prawie od 2 lat.
Do Polski polecieliśmy 11 lipca i po wylądowaniu przeżyliśmy mega szok termiczny. Wyjeżdzając rano z Edynburga temp. powietarza sięgała jakich 16C, było mgliście i deszczowo. Kilka godzin później wysiadając z samolotu w Krakowie poraził nas upał jakiego nie doświadczyliśmy od ładnych kilku lat - 36C (odczuwalna chyba z 50C), prażące słońce i powietrze, które "stało".
Dla Amelki to było pierwsze w życiu doświadczenie takich upałów i biedna przez pierwsze kilka dni nie mogła sobie z tym poradzić. Pierwszej nocy zasnęła dopiero po 1 nad ranem, przytulona do ściany (żeby było chłodniej) i tuż pod otwartym oknem.
Pierwszy dzień zaraz po przylocie, to przede wszystkim odpoczynek i spędzanie całego czasu ze stęsknioną rodzinką. Tego dnia babcia Ania i dziadek Janek obchodzili też 30tą rocznicę ślubu, więc cały dzień spędzony był tylko w ich towarzystwie. A Amelka szalała wręcz ze szczęścia w towarzystwie kuzynek Maji i Marty :)
Dzień kolejny zapowiadał się na naprawdę dłuuugi.
Najpierw odwiedziłam dawno nie widzianą ulubioną fryzjerkę Iwonę, i z rudej przerobiłam się na blondynkę (zajęło nam to prawie 3h ale tak to jest jak się nie widzi przez prawie 2 lata i oprócz włosów trzeba jeszcze nadrobić wszystkie zaległe plotki :)), po fryzjerze spotkanie z mężem, który ledwo mnie poznał (ale podobał mi się wyraz jego twarzy na widok żony blondynki ;)), szybkie zakupy, powrót do domu gdzie na stole czekał już pyszny babciowy obiadek.
A po obiadku.... spotanie z Kasią, i dawno planowana sesja zdjęciowa.
Sesja trwała prawie 2h, Kasią pstryknęła blisko 600zdjęć, z czego my na koniec dostaliśmy ich ponad 160.
My ze zdjęć jesteśmy mega zadowoleni i od tej pory reklamujemy Kasię i polecamy komu tylko się da.
Profil Kasi można znaleźć na faceboooku i jeśli ktoś jest zainteresowany innymi jej pracami bardzo polecam "Katarzyna Budzyn Photography"
A to kilka wybranych zdjęć z opisanej sesji:
Po powrocie z sesji do domu babci Ani, musieliśmy się znów szybko spakować, wsiąść w samochód i pojechaliśmy w odwiedziny do drugiej babci - Emili.
Ponieważ czekało nas do przejechania blisko 400km stwierdziliśmy, że najlepiej będzie podróżować nocą. Zawsze była większa szansa, że Amelka prześpi większą część drogi, no i nie bez znaczenia była też niższa temperatura powietrza.
Nie wyobrażam sobie Amelki (i nas zresztą też) zamkniętych w samochodzie w blisko 40C upale przez kilka godzin.
No ale najważniejsze, że po kilku godzinach jazdy (choć nie bez przygód) o 2 nad ranem dotarliśmy do Sochaczewa i stęsknionej babci :)
Friday, 4 November 2011
Z archiwum Amelkowej Mamy - Lipiec 2011 cz.1
Oj działo się w lipcu działo!
I dlatego spodziewać się należy kilku postów opisujących ten miesiąc.
Lipiec upłynął nam pod znakiem podróży i sesji fotograficznych.
Pierwszą mini sesję, zorganizowałam sama w domu pewnego deszczowego popołudnia.
Amelia się nudziła, ja się nudziłam, szukałam pomysłu na sesję fotograficzną, którą mieliśmy umówioną podczas urlopu w Polsce i tak się narodził plan.
A efekty oceńcie sami:
I dlatego spodziewać się należy kilku postów opisujących ten miesiąc.
Lipiec upłynął nam pod znakiem podróży i sesji fotograficznych.
Pierwszą mini sesję, zorganizowałam sama w domu pewnego deszczowego popołudnia.
Amelia się nudziła, ja się nudziłam, szukałam pomysłu na sesję fotograficzną, którą mieliśmy umówioną podczas urlopu w Polsce i tak się narodził plan.
A efekty oceńcie sami:
Z archiwum Amelkowej Mamy - Czerwiec 2011
Czerwiec, podobnie jak całe tegoroczne lato był zimny, deszczowy, spędzony głównie w domu (to Amelka) lub pracy (to Marek i ja ;) )
Większość czasu Amelka walczyła z przeziębieniem, i po kolejnych opuszczonych tygodniach w przedszkolu stwierdziliśmy, że dalsze takie jej chodzenie (albo jak kto woli niechodzenie) nie ma sensu.
W sumie w przedszkolu była 3 m-ce, co kosztowało nas blisko 600 funtów a jak się policzyło wszystkie pobyty Amelki w nim to się okazało, że wyszło całe 15 (!!!). Z czego nadłuższy jej pobyt w przedszkolu wyniósł 6 godzin, ale ponad połowa to było tylko 3-4godziny.
No za takie pieniądze to ja dziękuje ale te kilka godzin zajmę się dzieckiem sama.
Niestety oznaczało to, że musiałam zmniejszyć ilość godzin jakie pracuję w tygodniu i zmienić cały kontrakt, ale od lipca to ja jestem z Amelką większość czasu (poza weekendami kiedy pracuję od 7.30-19.30 i praktycznie jej nie widuję), od lipca też Amelki nie męczył najmniejszy nawet katar czy inne paskudne choróbsko.
A do przedszkola (już państwowego-darmowego) pójdzie Amelka normalnie od przyszłego sierpnia.
Nie ma co na siłę skracać jej dzieciństwa i wysyłać do obcych ludzi, żeby się nią zajmowali kiedy sami przy odrobinie wysiłku (i mega organizacji i dobrej woli moich szefowych ;)) możemy się nią zajmować sami.
Czasem tylko żal, że babcie są tak daleko...
Większość czasu Amelka walczyła z przeziębieniem, i po kolejnych opuszczonych tygodniach w przedszkolu stwierdziliśmy, że dalsze takie jej chodzenie (albo jak kto woli niechodzenie) nie ma sensu.
W sumie w przedszkolu była 3 m-ce, co kosztowało nas blisko 600 funtów a jak się policzyło wszystkie pobyty Amelki w nim to się okazało, że wyszło całe 15 (!!!). Z czego nadłuższy jej pobyt w przedszkolu wyniósł 6 godzin, ale ponad połowa to było tylko 3-4godziny.
No za takie pieniądze to ja dziękuje ale te kilka godzin zajmę się dzieckiem sama.
Niestety oznaczało to, że musiałam zmniejszyć ilość godzin jakie pracuję w tygodniu i zmienić cały kontrakt, ale od lipca to ja jestem z Amelką większość czasu (poza weekendami kiedy pracuję od 7.30-19.30 i praktycznie jej nie widuję), od lipca też Amelki nie męczył najmniejszy nawet katar czy inne paskudne choróbsko.
A do przedszkola (już państwowego-darmowego) pójdzie Amelka normalnie od przyszłego sierpnia.
Nie ma co na siłę skracać jej dzieciństwa i wysyłać do obcych ludzi, żeby się nią zajmowali kiedy sami przy odrobinie wysiłku (i mega organizacji i dobrej woli moich szefowych ;)) możemy się nią zajmować sami.
Czasem tylko żal, że babcie są tak daleko...
Z archiwum Amelkowej Mamy - Maj 2011 cz.3
15 maja jak już wspomniałam we wcześniejszym poście, zabraliśmy Bartka i Asię w Highlandy.
Bartek, jako amator speedridingu jeździ po świecie i szuka gór, w których mógłby rozwijać swoją pasję (latał już w Alpach, polskich i słowackich Tatrach, Dolomitach http://prowing.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=150:speedriding-marmolada&catid=1:latest-news&Itemid=50 - nie żeby było, że się chwalę bratem ale powyższy link przybliża jego zainteresowania)
No ale wracając do naszej wyprawy, wyjechaliśmy rankiem, po wcześniejszym odstawieniu Amelki do Alutki, kierując się w stronę Stirling a później coraz dalej na północ.
Niestety pogoda po wcześniejszych słonecznych kilku dniach zupełnie nie dopisała, i góry przywitały nas spowite gęstą mgłą. Chwilami padał też deszcz i to tak mocno, że zupełnie nie widać było świata za oknem samochodu.
Przejechaliśmy przez przepiękną dolinę Glencoe i kiedy choć na chwilę przestawało padać zatrzymywaliśmy sie, żeby z bliska poczuć potęgę tych przepięknych gór....
W drodze do Glencoe, malownicze Loch Lubnaig
Glencoe
W drodze powrotnej, jeden z wielu mijanych wodospadów
Bartek, jako amator speedridingu jeździ po świecie i szuka gór, w których mógłby rozwijać swoją pasję (latał już w Alpach, polskich i słowackich Tatrach, Dolomitach http://prowing.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=150:speedriding-marmolada&catid=1:latest-news&Itemid=50 - nie żeby było, że się chwalę bratem ale powyższy link przybliża jego zainteresowania)
No ale wracając do naszej wyprawy, wyjechaliśmy rankiem, po wcześniejszym odstawieniu Amelki do Alutki, kierując się w stronę Stirling a później coraz dalej na północ.
Niestety pogoda po wcześniejszych słonecznych kilku dniach zupełnie nie dopisała, i góry przywitały nas spowite gęstą mgłą. Chwilami padał też deszcz i to tak mocno, że zupełnie nie widać było świata za oknem samochodu.
Przejechaliśmy przez przepiękną dolinę Glencoe i kiedy choć na chwilę przestawało padać zatrzymywaliśmy sie, żeby z bliska poczuć potęgę tych przepięknych gór....
W drodze do Glencoe, malownicze Loch Lubnaig
Glencoe
W drodze powrotnej, jeden z wielu mijanych wodospadów
Z archiwum Amelkowej Mamy - Maj 2011 cz.2
Po urodzinkowych atrakcjach, wszystko zdawać by się mogło wróciło do normy.
Mama z tatusiem wrócili do pracy, Amelka do przedszkola, aż tu pewnego popołudnia rodzice zapakowali Amelkę do samochodu i zawieźli na edynburskie lotnisko....
Jaka była niespodzianka, kiedy okazało się, że przylecieli w odwiedziny do Amelki jej chrzestny wujek Bartek z ciocią Asią :)
Amelia tak była przejęta gośćmi w domku, że nie odstępowała ich na krok. Nawet zębów nie można było umyć bez jej asysty :)
Podczas pobytu cioci i wujka, Tatuś obchodził swoje 30te urodzinki i nawet zostałam zaproszona na małą imprezkę, na którą przyszli też moi ulubieni ciocie i wujkowie :)
Był wujek Witek i ciocia Aga z malutkim Olinkiem w brzuszku....
przyszli też ciocia Monika z wujkiem Tomkiem i moja ulubiona "bacia" Alutka :)
Niestety dla mnie impreza szybko się skończyła i musiałam się przyjść pożegnać ze wszystkimi i iść spać bo następnego ranka jechałam w odwiedziny do
babci Ali a mamausia z tatusiem wybierali się w szkockie góry z Bartkiem i Asią (dla mnie 6h jazdy w samochodzie mogłoby być trochę za dużo)
Mama z tatusiem wrócili do pracy, Amelka do przedszkola, aż tu pewnego popołudnia rodzice zapakowali Amelkę do samochodu i zawieźli na edynburskie lotnisko....
Jaka była niespodzianka, kiedy okazało się, że przylecieli w odwiedziny do Amelki jej chrzestny wujek Bartek z ciocią Asią :)
Amelia tak była przejęta gośćmi w domku, że nie odstępowała ich na krok. Nawet zębów nie można było umyć bez jej asysty :)
Podczas pobytu cioci i wujka, Tatuś obchodził swoje 30te urodzinki i nawet zostałam zaproszona na małą imprezkę, na którą przyszli też moi ulubieni ciocie i wujkowie :)
Był wujek Witek i ciocia Aga z malutkim Olinkiem w brzuszku....
przyszli też ciocia Monika z wujkiem Tomkiem i moja ulubiona "bacia" Alutka :)
Niestety dla mnie impreza szybko się skończyła i musiałam się przyjść pożegnać ze wszystkimi i iść spać bo następnego ranka jechałam w odwiedziny do
babci Ali a mamausia z tatusiem wybierali się w szkockie góry z Bartkiem i Asią (dla mnie 6h jazdy w samochodzie mogłoby być trochę za dużo)
Z archiwum Amelkowej Mamy - Maj 2011 cz.1
Maj to miesiąc, w którym działo się naprawde sporo, dlatego opis wszystkich wydarzeń znów podzielony będzie na kilka postów :)
Żeby to wszystko jakoś ogarnąć zaczniemy od początku.....
1 maj to dzień urodzin naszego Słoneczka :)
Niestety w tym roku musiałam iść do pracy, na szczęście udało mi się uprosić koleżankę, która przyszła za mnie na połowę zmiany, tak więc o godz 14.30 byłam już wolna i popędziłam do domu do naszej Solenizantki.
Po zmianie roboczego mundurka na coś bardziej ludzkiego, zapakowaliśmy się w samochód i udaliśmy prosto do pobliskiego zoo.
Amelce najbardziej chyba podobały się surykatki i przy ich zagrodzie spędziliśmy w sumie najwięcej czasu
Miniaturowe kangurki też były słodkie, i ani trochę się nie bały ludzi, podchodziły do samej siatki żeby się przywitać
A po powrocie do domku.....
....było dmuchanie świeczki na pysznym żółwiowym trociku upieczonym przez naszą adoptowaną na szkockie potrzeby babcię Alutkę.....
... było otwieranie prezentów...
...a potem zabawa do samego wieczora.
Aż żal było iść do łóżeczka.
Żeby to wszystko jakoś ogarnąć zaczniemy od początku.....
1 maj to dzień urodzin naszego Słoneczka :)
Niestety w tym roku musiałam iść do pracy, na szczęście udało mi się uprosić koleżankę, która przyszła za mnie na połowę zmiany, tak więc o godz 14.30 byłam już wolna i popędziłam do domu do naszej Solenizantki.
Po zmianie roboczego mundurka na coś bardziej ludzkiego, zapakowaliśmy się w samochód i udaliśmy prosto do pobliskiego zoo.
Amelce najbardziej chyba podobały się surykatki i przy ich zagrodzie spędziliśmy w sumie najwięcej czasu
Miniaturowe kangurki też były słodkie, i ani trochę się nie bały ludzi, podchodziły do samej siatki żeby się przywitać
A po powrocie do domku.....
....było dmuchanie świeczki na pysznym żółwiowym trociku upieczonym przez naszą adoptowaną na szkockie potrzeby babcię Alutkę.....
... było otwieranie prezentów...
...a potem zabawa do samego wieczora.
Aż żal było iść do łóżeczka.
Thursday, 3 November 2011
Z archiwum Amelkowej Mamy - Kwiecień 2011
Kwiecień tego roku mimo pięknej pogody spędziliśmy z Amelką niestety w większości w domu.
Wszystkiemu winne były kolejne infekcje nękające nasze Maleństwo. Niestety aklimatyzacja w przedszkolu kończyła się chorobą mniej więcej co drugi tydzień.
W Niedzielę Palmową, musiałam nawet zwolnić się z pracy, bo M. nie radził sobie z chorą Amelką i po szybkiej ocenie sytuacji zabraliśmy ją na ostry dyżur do szpitala.
Niestety okazało się, że Amela miała ponad 39C temp, zapalenie ucha i zapalenie migdałków. Nic dziwnego, że była taka marudna...
Chora Amelka wyglądała tak:
....zrobiliśmy jej z Tatusiem niespodziankę i taki fajny tort jej kupiliśmy na urodzinki
(a przez chwilę myślałam, że to naprawdę mega wielka muffinka :) )
Wszystkiemu winne były kolejne infekcje nękające nasze Maleństwo. Niestety aklimatyzacja w przedszkolu kończyła się chorobą mniej więcej co drugi tydzień.
W Niedzielę Palmową, musiałam nawet zwolnić się z pracy, bo M. nie radził sobie z chorą Amelką i po szybkiej ocenie sytuacji zabraliśmy ją na ostry dyżur do szpitala.
Niestety okazało się, że Amela miała ponad 39C temp, zapalenie ucha i zapalenie migdałków. Nic dziwnego, że była taka marudna...
Chora Amelka wyglądała tak:
A jak tylko udało się pokonać paskudne choróbsko, wychodziliśmy na spacerki do naszego parku, Amelka jeździła na rowerku, zrywała stokrotki, karmiła kaczki i generalnie łapała słoneczko, którego tak brakowało podczas siedzenia w domu
Za placem zabaw, też bardzo tęskniłam...
A w ostatnim tygodniu kwietnia, kiedy mama wróciła wieczorem z pracy.....
....zrobiliśmy jej z Tatusiem niespodziankę i taki fajny tort jej kupiliśmy na urodzinki
(a przez chwilę myślałam, że to naprawdę mega wielka muffinka :) )
Z archiwum Amelkowej Mamy - Marzec 2011
Marzec, a przynajmniej jego połowa upłynął nam pod znakiem "Paris"
Niestety nie byliśmy w stolicy Francji a jedynie opiekowaliśmy się pieskiem znajomych o takim właśnie imieniu :)
Trochę obawiałam się na początku, jak Amelka zareaguje na chwilowego członka rodziny, ale wbrew moim obawom poszło nadspodziewanie dobrze.
Piesek mimo, że trochę sprawiał kłopotów, nie przeszkadzał Amelce ani ona jemu więc moje najgorsze obawy się nie spełniły
Amelia z Paris w "Dobranocnym Ogrodzie"
:)
Druga połowa marca przyniosła trochę zmian, w postaci nowej pracy M. i już niestety przestało nam się udawać dzielenie obowiązkami w opiece nad Malutką. Zmuszeni zaistniałą sytuacją, zaczęliśmy szukać dla Amelki przedszkola, co poszło nam nad podziw sprawnie i praktycznie od ręki dostaliśmy ( a raczej Amela dostała) miejsce w przedszkolu najbliższym mojej pracy. Na dodatek nie musieliśmy się zapisywać na listę oczekujących i w kilka dni po pierwszej rozmowie z Debbie (właścicielką przedszkola) Amelia poszła już zapoznać się z dziećmi i opiekunkami ze swojej grupy. Na początku zostawiłam ją kilka razy na 2-3 godz po południu, żeby oswoiła się z nową sytuacją (dni próbnych mogło być tak dużo jak sobie tego życzyliśmy, albo potrzebowaliśmy i na dodatek wszystko bezpłatnie).
Pierwsze 2 razy po zostawieniu dziecka w pokoju zabaw poproszona zostałam do gabinetu Debbie, gdzie dla uspokojenia emocji po tak stresującym wydarzeniu (zostawienie pierwszy raz 23miesięcznego dziecka pod opieką obcych osób jest mega stresujące), mogłam sobie posiedzieć w wygodnym fotelu i pooglądać bawiącą się Amelkę na monitorze tv. W całym przedszkolu zamontowane są kamery cctv i Debbie w swoim biurze zawsze ma ogląd sytuacji :)
Pierwszy oficjalny dzień Przedszkolaka Amelia miała zacząć 1 kwietnia, ale niestety tego ranka obudziła się z paskudnym przeziębieniem i wysoką temp. Wystarczyło kilka dni w większej grupie dzieci i od razu złapała jakąś infekcję. Nie był to najlepszy początek jej przedszkolnej kariery ale po kilkudniowej kuracji, kiedy w końcu poczuła się lepiej poszła pierwszy raz do przedszkola dnia 5 kwietnia 2011 :)
Ależ byłam z niej dumna! Dzielnie zniosła rozłąkę i może tylko ze 2 łezki jej kapnęły z żalu za wychodzącą mamą.
Od tego dnia w każdy kolejny piątek od 7.30-13.30 i wtorek od 13.30-18.00 Amela zamieniała się w dzielnego przedszkolaka, a ja ze spokojnym sercem mogłam ją zostawiać w miejscu gdzie wiedziałam, że ma doskonałą atmosferę i warunki do zabawy i gdzie czuła się naprawdę bezpieczna.
Niestety nie byliśmy w stolicy Francji a jedynie opiekowaliśmy się pieskiem znajomych o takim właśnie imieniu :)
Trochę obawiałam się na początku, jak Amelka zareaguje na chwilowego członka rodziny, ale wbrew moim obawom poszło nadspodziewanie dobrze.
Piesek mimo, że trochę sprawiał kłopotów, nie przeszkadzał Amelce ani ona jemu więc moje najgorsze obawy się nie spełniły
Amelia z Paris w "Dobranocnym Ogrodzie"
:)
Druga połowa marca przyniosła trochę zmian, w postaci nowej pracy M. i już niestety przestało nam się udawać dzielenie obowiązkami w opiece nad Malutką. Zmuszeni zaistniałą sytuacją, zaczęliśmy szukać dla Amelki przedszkola, co poszło nam nad podziw sprawnie i praktycznie od ręki dostaliśmy ( a raczej Amela dostała) miejsce w przedszkolu najbliższym mojej pracy. Na dodatek nie musieliśmy się zapisywać na listę oczekujących i w kilka dni po pierwszej rozmowie z Debbie (właścicielką przedszkola) Amelia poszła już zapoznać się z dziećmi i opiekunkami ze swojej grupy. Na początku zostawiłam ją kilka razy na 2-3 godz po południu, żeby oswoiła się z nową sytuacją (dni próbnych mogło być tak dużo jak sobie tego życzyliśmy, albo potrzebowaliśmy i na dodatek wszystko bezpłatnie).
Pierwsze 2 razy po zostawieniu dziecka w pokoju zabaw poproszona zostałam do gabinetu Debbie, gdzie dla uspokojenia emocji po tak stresującym wydarzeniu (zostawienie pierwszy raz 23miesięcznego dziecka pod opieką obcych osób jest mega stresujące), mogłam sobie posiedzieć w wygodnym fotelu i pooglądać bawiącą się Amelkę na monitorze tv. W całym przedszkolu zamontowane są kamery cctv i Debbie w swoim biurze zawsze ma ogląd sytuacji :)
Pierwszy oficjalny dzień Przedszkolaka Amelia miała zacząć 1 kwietnia, ale niestety tego ranka obudziła się z paskudnym przeziębieniem i wysoką temp. Wystarczyło kilka dni w większej grupie dzieci i od razu złapała jakąś infekcję. Nie był to najlepszy początek jej przedszkolnej kariery ale po kilkudniowej kuracji, kiedy w końcu poczuła się lepiej poszła pierwszy raz do przedszkola dnia 5 kwietnia 2011 :)
Ależ byłam z niej dumna! Dzielnie zniosła rozłąkę i może tylko ze 2 łezki jej kapnęły z żalu za wychodzącą mamą.
Od tego dnia w każdy kolejny piątek od 7.30-13.30 i wtorek od 13.30-18.00 Amela zamieniała się w dzielnego przedszkolaka, a ja ze spokojnym sercem mogłam ją zostawiać w miejscu gdzie wiedziałam, że ma doskonałą atmosferę i warunki do zabawy i gdzie czuła się naprawdę bezpieczna.
Z archiwum Amelkowej Mamy - Luty 2011
ZAPACH WIOSNY....
Luty, to w Szkocji miesiąc, kiedy zaczyna powoli do życia budzić się wiosna...
Trawa nabiera bardziej zielonej, soczystej barwy, wszędzie wyrastają krokusy i żonkile...
Aż chce sie wychodzic z domu na spacerki...
A my pewnego lutowego dnia, korzystajac z dnia wolnego od pracy wybraliśmy się nad morze.
A że najbliżej nam do plaży w Portobello (jedna z dzielnic Edynburga), zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy.
Choć jeszcze wietrznie i zimno, wyjazd był bardzo bardzo udany.
Amelia uwielbia wodę i morze i ledwo można ją było utrzymać, tak szbko biegła w stronę wody aż zgubiła czapkę w tym pędzie!
Spacerek promenadą
Plac zabaw przy plaży (ciekawostka - na 7 dzieci bawiących się na placu - 4 było polskich, Szkockie mamy chyba wystraszyły się wiatru :) )
Z Tatusiem (musiał mnie tak mocno trzymać, żebym nie uciekła do lodowatej wody)
A po powrocie z wycieczki, mama upiekła takie pyszności:
Bananowe muffinki z mleczną i białą czekoladą
Klasyczne angielskie "scony" z dżemem z owoców leśnych i bitą śmietaną
MNIAM!!!
Poza pamiętną wyprawą nad morze, luty minął głównie na zabawach w domu
Boss lady at work :)
Amela trenowała sikanie do nocniczka, a mama wykorzystując unieruchomienie córeczki w końcu mogła spróbować ujarzmić jej niesforne loki :)
przód....
tył....
Amelkowa fryzurka przed ujarzmieniem :)
Luty, to w Szkocji miesiąc, kiedy zaczyna powoli do życia budzić się wiosna...
Trawa nabiera bardziej zielonej, soczystej barwy, wszędzie wyrastają krokusy i żonkile...
Aż chce sie wychodzic z domu na spacerki...
A my pewnego lutowego dnia, korzystajac z dnia wolnego od pracy wybraliśmy się nad morze.
A że najbliżej nam do plaży w Portobello (jedna z dzielnic Edynburga), zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy.
Choć jeszcze wietrznie i zimno, wyjazd był bardzo bardzo udany.
Amelia uwielbia wodę i morze i ledwo można ją było utrzymać, tak szbko biegła w stronę wody aż zgubiła czapkę w tym pędzie!
Spacerek promenadą
Plac zabaw przy plaży (ciekawostka - na 7 dzieci bawiących się na placu - 4 było polskich, Szkockie mamy chyba wystraszyły się wiatru :) )
Z Tatusiem (musiał mnie tak mocno trzymać, żebym nie uciekła do lodowatej wody)
A po powrocie z wycieczki, mama upiekła takie pyszności:
Bananowe muffinki z mleczną i białą czekoladą
Klasyczne angielskie "scony" z dżemem z owoców leśnych i bitą śmietaną
MNIAM!!!
Poza pamiętną wyprawą nad morze, luty minął głównie na zabawach w domu
Boss lady at work :)
Amela trenowała sikanie do nocniczka, a mama wykorzystując unieruchomienie córeczki w końcu mogła spróbować ujarzmić jej niesforne loki :)
przód....
tył....
Amelkowa fryzurka przed ujarzmieniem :)
Subscribe to:
Posts (Atom)










































