po wczorajszym wieczorze, spędzonym w kinie na "Hobbicie" (3D i 48klatek na sekundę robi niesamowite wrażenie choć to ponoć wersja "kontrowersyjna" wg znawców) i towarzystwie M. z winem, owocami morza i morzem... czekolady zostało już tylko wspomnienie!
Dziś powrót do rzeczywistości i pierwsza z trzech kolejnych nocy w pracy!
Czemu nie mogę pracować gdzieś jak M. gdzie wszyscy mają wolne od 21 grudnia do 7 stycznia??
A jak wróci do mnie wena to w końcu zgram zdjęcia z aparatu i napiszę krótką notkę poświąteczną
Mam nadzieję, że wszystkim święta minęły w przyjaznym, ciepłym i rodzinnym gronie??
About Me
- KiniaMamaAmelki
- Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,
Friday, 28 December 2012
Sunday, 23 December 2012
wprowadzenie w nastrój świąteczny...
No to w końcu skończyłam mój mały mini-maraton nockowo-pracowy.
Mogę w domu zacząć wprowadzać się w atmosferę świąteczną.
W tym roku jest inaczej - od czwartku jest u nas teściowa i dziś jakoś tak wyszło, że w sumie niewiele jest już do zrobienia. Jedynie małe ogarnięcie domu jutro z rana, ulepienie pierogów i zrobienie jednego ciasta mi zostało.
Wszystko inne zrobione - z czego bez bicia muszę się przyznać, że upiekłam tylko piernik i pomogłam M. z zakupami.
Nie wiem jak babcie to robią ale mają czas na niemal nieustającą zabawę z wnukami (czytaj z Amelką) a przy okazji w kuchni wszystko przygotowane.
Wieczorem postaram się wrzucić zdjęcia świąteczne z dekoracjami naszego domku a tymczasem coś co znalazłam na fb:
Mogę w domu zacząć wprowadzać się w atmosferę świąteczną.
W tym roku jest inaczej - od czwartku jest u nas teściowa i dziś jakoś tak wyszło, że w sumie niewiele jest już do zrobienia. Jedynie małe ogarnięcie domu jutro z rana, ulepienie pierogów i zrobienie jednego ciasta mi zostało.
Wszystko inne zrobione - z czego bez bicia muszę się przyznać, że upiekłam tylko piernik i pomogłam M. z zakupami.
Nie wiem jak babcie to robią ale mają czas na niemal nieustającą zabawę z wnukami (czytaj z Amelką) a przy okazji w kuchni wszystko przygotowane.
Wieczorem postaram się wrzucić zdjęcia świąteczne z dekoracjami naszego domku a tymczasem coś co znalazłam na fb:
I tego mam zamiar się trzymać :)
Sunday, 16 December 2012
cztery zera :D
No to się zdziwiłam - wchodzę na bloga a tu ponad 10.000 wejść na liczniku :D
Chciałabym umieć wyrazić jak bardzo się cieszę - albo raczej chciałabym mieć siłę to wyrazić.
Ale chwilowo nie mam - dwa tygodnie z zapaleniem oskrzeli (które dalej za nic nie chce się odczepić), sen a raczej jego brak (z ostatnich 75 godzin przespałam w sumie może z 15 i to w chyba 6 ratach) i ospa Amelki do końca mnie już wyczerpały!
Nie mam siły cieszyć się na święta, nie mam siły nawet już niczego organizować, nie mam nawet siły przejmować się, tym że nic w tym roku nie będzie jak sobie zaplanowałam!
Jedyne co chcę w tej chwili to zdrowia trochę! Dla siebie i dla Amelki! A zwłaszcza dla niej!
Ciężko przechodzi tą ospę! Nie chce nawet wspominać, że jest chora, unika patrzenia w lustro, żeby nie widzieć jaka jest zesypana (a jest naprawdę baardzo - łącznie z ustami i powiekami od środka czy pachwinami!)
A jak jeszcze pomyślę, że ominie ją przez to przyjęcie świąteczne w przedszkolu i wizyta Mikołaja, na którego tak bardzo czekałam to nic tylko się rozpłakać chce!
ehhh....
Chciałabym umieć wyrazić jak bardzo się cieszę - albo raczej chciałabym mieć siłę to wyrazić.
Ale chwilowo nie mam - dwa tygodnie z zapaleniem oskrzeli (które dalej za nic nie chce się odczepić), sen a raczej jego brak (z ostatnich 75 godzin przespałam w sumie może z 15 i to w chyba 6 ratach) i ospa Amelki do końca mnie już wyczerpały!
Nie mam siły cieszyć się na święta, nie mam siły nawet już niczego organizować, nie mam nawet siły przejmować się, tym że nic w tym roku nie będzie jak sobie zaplanowałam!
Jedyne co chcę w tej chwili to zdrowia trochę! Dla siebie i dla Amelki! A zwłaszcza dla niej!
Ciężko przechodzi tą ospę! Nie chce nawet wspominać, że jest chora, unika patrzenia w lustro, żeby nie widzieć jaka jest zesypana (a jest naprawdę baardzo - łącznie z ustami i powiekami od środka czy pachwinami!)
A jak jeszcze pomyślę, że ominie ją przez to przyjęcie świąteczne w przedszkolu i wizyta Mikołaja, na którego tak bardzo czekałam to nic tylko się rozpłakać chce!
ehhh....
Friday, 14 December 2012
no i jak nie urok to....
No to mamy - zamiast jasełek - czy jak kto woli po amelkowemu "baby dżizas szoł" - ospę wietrzną!!!!
Prawie się już poryczałam rano!!! Przyszłam z pracy (no bo mimo kaszlu jak u rasowego gruźlika pracować ciągle trzeba), nie kładłam się bo i po co skoro za 1.5h miałam mieć Amelkę obudzoną, nakarmioną, umytą i wystrojoną na imprezę (swoją drogą to miał być jej pierwszy i oficjalny debiut sceniczny, na który wyczekiwałam jak nie wiem co). Pierwsze dwa punkty poszły nam zadziwiająco szybko i sprawnie (i to pewnie zmyliło moją czujność :P), a kiedy rozebrałam małą z piżamki to aż mi się nogi ugięły na widok wielgachnego ropnego bąbla na samym środku małej szyjki!!! jeszcze chwilkę się łudziłam, że to może nie to co myślę ale po dokładniejszych oględzinach znalazłam kolejne trzy takie okazy na jednym z bioderek i już wiedziałam, że zamiast do przedszkola będziemy musiały wybrać się do lekarza! Najpierw szybki telefon do przychodni i co za ulga - udało nam się załapać na ostatnią wolną wizytę w dniu dzisiejszym (bida jest w przychodni bo z połowa lekarzy sama poległa pod wpływem tego wyboru wirusów, który im codziennie "donoszą" kochani pacjenci!) No ale się udało w każdym razie dostać - na 11.15 - tu znów konsternacja bo jak to tak - z takim chorym dzieckiem bez samochodu??? szybki tel do M. do pracy i ustalenie, że zwolni się godzinę wcześniej i przyjedzie po nas i wspólnie pójdziemy do lekarza (bo ja po sama już nie wiem ilu "dziestu" godzinach bez snu nie bardzo sama sobie ufałam).
Lekarz oczywiście potwierdził nasze podejrzenia, zalecił specyfik do smarowania bąbelków i odesłał do domu. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do jednego sklepu po kilka brakujących produktów spozywczych i grzecznie powróciliśmy na łono domku :)
Amelka nasmarowana już maścią - ogląda bajki, M. chyba sprząta a ja na górze przyszłam się położyć (co jak widać nie idzie mi za dobrze skoro siedzę i piszę posta :P )
Mam na drzemkę jeszcze jakieś 1.5h bo później M. ma wizytę u swojego lekarza więc jak chcąc nie chcąc będę musiała się obudzić i zająć Amelą przez tą około godzinę, kiedy go nie będzie.
Ufff!
ciężko widzę dzisiejszą nocke w pracy!
trzymajcie kciuki za nas,
kazdy jeden sie dzis przyda!
Prawie się już poryczałam rano!!! Przyszłam z pracy (no bo mimo kaszlu jak u rasowego gruźlika pracować ciągle trzeba), nie kładłam się bo i po co skoro za 1.5h miałam mieć Amelkę obudzoną, nakarmioną, umytą i wystrojoną na imprezę (swoją drogą to miał być jej pierwszy i oficjalny debiut sceniczny, na który wyczekiwałam jak nie wiem co). Pierwsze dwa punkty poszły nam zadziwiająco szybko i sprawnie (i to pewnie zmyliło moją czujność :P), a kiedy rozebrałam małą z piżamki to aż mi się nogi ugięły na widok wielgachnego ropnego bąbla na samym środku małej szyjki!!! jeszcze chwilkę się łudziłam, że to może nie to co myślę ale po dokładniejszych oględzinach znalazłam kolejne trzy takie okazy na jednym z bioderek i już wiedziałam, że zamiast do przedszkola będziemy musiały wybrać się do lekarza! Najpierw szybki telefon do przychodni i co za ulga - udało nam się załapać na ostatnią wolną wizytę w dniu dzisiejszym (bida jest w przychodni bo z połowa lekarzy sama poległa pod wpływem tego wyboru wirusów, który im codziennie "donoszą" kochani pacjenci!) No ale się udało w każdym razie dostać - na 11.15 - tu znów konsternacja bo jak to tak - z takim chorym dzieckiem bez samochodu??? szybki tel do M. do pracy i ustalenie, że zwolni się godzinę wcześniej i przyjedzie po nas i wspólnie pójdziemy do lekarza (bo ja po sama już nie wiem ilu "dziestu" godzinach bez snu nie bardzo sama sobie ufałam).
Lekarz oczywiście potwierdził nasze podejrzenia, zalecił specyfik do smarowania bąbelków i odesłał do domu. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do jednego sklepu po kilka brakujących produktów spozywczych i grzecznie powróciliśmy na łono domku :)
Amelka nasmarowana już maścią - ogląda bajki, M. chyba sprząta a ja na górze przyszłam się położyć (co jak widać nie idzie mi za dobrze skoro siedzę i piszę posta :P )
Mam na drzemkę jeszcze jakieś 1.5h bo później M. ma wizytę u swojego lekarza więc jak chcąc nie chcąc będę musiała się obudzić i zająć Amelą przez tą około godzinę, kiedy go nie będzie.
Ufff!
ciężko widzę dzisiejszą nocke w pracy!
trzymajcie kciuki za nas,
kazdy jeden sie dzis przyda!
Wednesday, 12 December 2012
niech mnie ktoś dobije...
antybiotyk skończony i ani odrobiny zmiany na lepsze...
kaszel rozrywa mi oskrzela i chce mi wyrwać i wypluć płuca...
Amela nie poszła dziś do przedszkola bo ja nie byłam w stanie wstać z łóżka
dobrze, że Marek ugotował nam wczoraj lasagne i nie musiałam się martwić o obiad
Córkę muszę pochwalić bo jest dziś super ekstra grzeczna - zajmuje się sama sobą większość dnia - bawi się albo u mnie na łóżku klockami, albo leży obok i ogląda bajki na laptopie, albo lepi z plastelieny figurki u siebie w pokoju, i nawet nie potrzebuje mojej pomocy w czasie wizyt w kibelku ;)
Za to co jakiś czas przybiega mnie ucałować, przytulić czy poprawić koc :)
I potem dumnie chwali się tacie przez telefon jak to super opiekuje się mamą!!
a ja dziękuję Bogu, że nie idę dziś na noc do pracy i modlę się o siły żebym jutro mogła już wstać i ogarnąć i siebie i dom jakoś a później zacząć maraton 4 nocek pod rząd!!!
A w przyszłym tygodniu przyjeżdza teściowa!!
A ja taka nieprzygotowana!
buuuuuuuuu
kaszel rozrywa mi oskrzela i chce mi wyrwać i wypluć płuca...
Amela nie poszła dziś do przedszkola bo ja nie byłam w stanie wstać z łóżka
dobrze, że Marek ugotował nam wczoraj lasagne i nie musiałam się martwić o obiad
Córkę muszę pochwalić bo jest dziś super ekstra grzeczna - zajmuje się sama sobą większość dnia - bawi się albo u mnie na łóżku klockami, albo leży obok i ogląda bajki na laptopie, albo lepi z plastelieny figurki u siebie w pokoju, i nawet nie potrzebuje mojej pomocy w czasie wizyt w kibelku ;)
Za to co jakiś czas przybiega mnie ucałować, przytulić czy poprawić koc :)
I potem dumnie chwali się tacie przez telefon jak to super opiekuje się mamą!!
a ja dziękuję Bogu, że nie idę dziś na noc do pracy i modlę się o siły żebym jutro mogła już wstać i ogarnąć i siebie i dom jakoś a później zacząć maraton 4 nocek pod rząd!!!
A w przyszłym tygodniu przyjeżdza teściowa!!
A ja taka nieprzygotowana!
buuuuuuuuu
zaległości - cz.2
Kolejny już post zalegsięościowy się szykuje... Nie wiem
od czego to zależy ale zdaje mi się, że w czasie letnim moja doba jakoś miała
wiecej godzin. Też pracowałam na noce, prowadziłam dom, opiekowałam sie Amelką
(a czasem jeszcze dorywczo synkiem znajomych od 1 do 3 razy w tygodniu), miałam
czas (i co najważniejsze siłę) na zaplanowanie i doprowadzenie do skutku
przeprowadzki i prawie całkowitego i umeblowania udekorowania naszego nowego
domku. Miałam czas na swoje hafty, gotowanie, pieczenie ciast, szybkie wyprawy
z rodzinką nad morze czy inne pikniki.
Dziś praktycznie poza pracą, szybkim ogarnięciem domu (i
to ze wstydem muszę przyznać, że nie każdego dnia mam na to siłę),
zaprowadzeniem i odebraniem Małej z przedszkola (tu dodadkowe 3 godziny tylko
dla mnie, których nie miałam przed końcem sierpnia), ugotowaniem obiadku dla
rodziny, praktycznie nie mam na nic ani siły ani ochoty. Chyba przeżywam jakiś
dołek jesienno-zimowy, spadek formy czy coś – jakkolwiek by tego nie nazwać
jedyne na co ostatnio mam ochote to spanie, spanie i jeszcze raz spanie – a
najlepiej przy muzyce z radiowej trójki. Co ważne, warto zaznaczyć, że spać mi
się chce jedynie w dzień. Bo w nocy to nieee... Kto by tam marnował czas na
spanie w nocy jak można się bezsennie poprzewracać z boku na bok? Kiedy można
denrerwować Marka i budzić go co chwilę raz to zabierając całą kołdrę, żeby
zaraz po kilku minutach stwierdzić, że jednak jest za gorąco i mu ją znów całą
zarzucić na plecy??? To wszystko w te szczęśliwe 2 lub 3 nocki kiedy nie pracuję
oczywiście. Dzięki bezsenności obejrzałam już wszystkie serie „Chirurgów” czy
„Downton Abbey” i właśnie zastanawiam się jaki by tu serial wziąć na tapetę
jako kolejny??? Przecież coś muszę robić, co nie??
No ale nie o tym miał być ten post. W końcu każdy już wie
o moim rozstrojonym zegarze biologicznym i już się pewno co poniektórym nudzi o
tym czytać (a szczerze to i mnie się nudzi samej o tym pisać).
Post miał być zaległościowy i w związku z tym znów cofamy
się do listopada.
Tym razem do 19go i do pierwszej w życiu Amelkowej
wywiadówki czy jak też tutaj to nazywają do „konsultacji z rodzicami”. Do
wyboru dostaliśmy kilka dat, kiedy to mogliśmy przyjść do przedszkola (19
jeszcze oboje mieliśmy wolne więc bardzo mi zależało, żeby to był właśnie ten dzień
i żeby Marek też mógł tam zemną pójść). Już na progu przywitała nas amelkowa
opiekunka czy też tak zwany jej „key worker” (każda opiekunka ma
przyporządkowaną grupę maluchów, którymi się zajmuje bardziej szczegółowo (coś
na zasadzie naszej Marion-pielęgniarki od dzieci – tylko pracującej z
Krasnalińską na codzień w przedszkolu. To właśnie mrs Coburn, jest
odpowiedzialna za dokładne dokumentowanie jak rozwija się Amelka. Prowadzenie
jej folderu, w którym zapisywane są poszczególne osiągnięcia, zadania, z którymi
po kolei mierzy się nasza dziewczynka, problemy o których chce podyskutować z
rodzicami czy innymi opiekującymi się w przedszkolu paniami. To z nią mogliśmy
porozmawiać o wciąż nas trapiącym problemie mycia zębów przez Amelkę, i to ona zaranżowała specjalnie dla Małej
wizytę w przedszkolu pielęgniarki dentystycznej ze specjalną lekcją poglądową
na temat jak dbać o higienę jamy ustnej. To dzięki niej Amelka wróciła do domu
pewnego pięknego dnia z wielką naklejką zdobiącą sweterek gratulując osiągnięć
w myciu ząbków (choć później sama zainteresowana stwierdziła, że ząbki to ona
myła ale ...konikowi (????!!!))
W każdym razie nie odbiegając za bardzo od tematu i
trzymając się wywiadówki, dowiedzieliśmy się, że Mała nie ma najmniejszych
problemów komunikacyjnych z innymi dziećmi (co chyba było naszym największym
zmartwieniem). Okazało się również, że
podobnie jak w domu Amela usiłuje czasem wymusić coś (najczęściej zabawkę od
innego dziecka) lub okazać swoje niezadowolenie (gdy jest poproszona o zrobienie
czegoś na co nie ma ochoty) przez głośny płacz i łzy jak grochy (ma to
doskonale wytrenowane i umie się tak rozryczeć na zawołanie ;)) ale wspólnie
doszliśmy do wniosku i zasugerowaliśmy opiekunce, żeby w takich wypadkach
poprostu małą zignorowała i nie wdawała się w rzadne dyskusje (sprawdzone w
domu w milionie różnych sytuacji – działa zawsze bezbłędnie bo dziecko znudzone
płaczem, na które nikt nie reaguje szybko znajduje sobie nowe ciekawe zajęcie).
Ze zdumieniem dowiedzieliśmy się również, że Amelka, która
normalnie w domu jest raczej niejadkiem i ma bardzo stałe i konserwatywne
upodobania żywieniowe (mało kiedy dopuszcza jakiekolwiek nowości czy zmiany w
swojej diecie – ku rozpaczy mojej i Marka), w przedszkolu wręcz przeciwnie – z
chęcią zajada zaoferowane jej przekąski i jak stwierdziła opiekunka „she likes
her food” J
Ponoć w przedszkolu obserwują też
małe postępy Amelki w nauce dzielenia się różnymi przedmiotami z innymi
dziećmi. Jako jedynaczka, która zawsze
wszystkie zabawki i naszą uwagę miała niepodzielnie tylko dla siebie musiała
przeżyć niezły szok po wejściu w środowisko przedszkolne i odkryciu, że od tej
pory będzie się musiała i zabawkami i uwagą nauczycielek dzielić z innymi Maluchami.
Generalnie wrażenia z całej
konsultacji odnieśliśmy bardzo pozytywne. Ucieszyło nas, że szybko udało się
opiekunkom rozpoznać wiele z indywidualnych cech naszej Amelki i że pewne jej
predyspozycje, zachowania i charakter są brane pod uwagę w organizowaniu jej
zajęć i włączaniu w różne zadania grupowe. Ewidentnie widać było, że jest
traktowana jak mała odrębna osóbka, której potrzeby, umiejętności a także
niektóre ograniczenia (czy też związane jeszcze z wiekiem, czy też z pewnymi
różnicami kulturowymi czy językowymi) są respektowane i do których odnoszą się
opiekunki ze zrozumieniem i które stopniowo pomagają jej pokonywać.
Z czystym sudmieniem mogę
przyznać, że nasza (ale przede wszystkim Amelkowa) przygoda z rozpoczęciem
edukacji „po szkocku” okazała się o wiele mnie problematyczna i stresująca niż
się na początku o to obawialiśmy J
Oby na kolejnej wywiadówce (czy
też„konsultacji” ;)) humory nam tak samo wszystkim dopisywały i obyśmy się
dowiadywali samych dobrych rzeczy o naszej małej Krasnalińskiej J
Saturday, 8 December 2012
zaległości - cz.1
No i w końcu trochę lepiej się czuję, duszący kaszel nie rozrywa mi piersi, ból gardła nie paraliżuje i głos w końcu pozbywa się seksownej chrypki, że o przyjęciu ostatniej tabletki antybiotyku nie wspomnę.
Najważniejsze, że po naprawdę ciężkiej-zabieganej nocce udało mi się naprawdę super długo (jak na mnie ;)) przespać i czuję się jak młoda bogini (prawie - bo ani młoda ani bogini nie jestem ;P)
Za to jak już opadła mgła otulająca moją głowę przez ostatni tydzień, z przerażeniem uświadomiłam sobie, że blogowo mam zaległości sięgające jeszcze połowy listopada.
Pora to zmienić i zapisać choćby dla siebie, żeby móc kiedyś w przyszłości wrócić do tych wspomnień w razie potrzeby.
****
Po pierwsze muszę cofnąć się aż do 15 listopada, czyli do dnia, w którym wczesnym rankiem odwieźliśmy na lotnisko Pyzię po cudownych kilku dniach, które spędziła w naszym małym domku.
Był to dzień, kiedy do przedszkola Amelka miała przyjść ubrana "inside out and back to front" czyli, że ubranka miała mieć założone tył do przodu i dodatkowo wywrócone na lewą stronę :) Niektóre pomysłowe mamy posunęły się nawet do "wystrojenia" dzieciaków w bieliznę na ubranko zamiast pod! Oczywiście panie opiekunki stanęły jak zwykle na wysokości zadania i same też przyszły ubrane do pracy zgodnie z obowiązującym tematem :) A wszystko, podobnie jak opisywany kiedyś jeansowy dzień KLIK w celach charytatywnych. I tym razem, każde "przebrane" dziecko musiało zapłacić przysłowiowego funta, który później przeznaczony był na wsparcie akcji BBC Childrens in Need - której głównym założeniem jest wyrównywanie szans wszystkich dzieci z UK w najróżniejszych dziedzinach życia. Głównym celem fundacji jest sprawienie, aby każde dziecko w tym kraju miało dzieciństwo, które jest:
-bezpieczne
-szczęśliwe
-pozwalające na wykorzystanie wszystkich potencjalnych szans.
Moim zdaniem fajne są wszelkie tego typu akcje pozwalające maluchom od najmłodszych lat nabierać nawyków pomagania tym, którym się w życiu mniej poszczęściło.
****
Kolejnym ważnym elementem tego dnia było zaproszenie mnie i Marka do przedszkola na ostatnią godzinę sesji, w celu obserwacji Amelki w czasie zabawy z innymi dziećmi.
Mieliśmy okazję sami wziąć udział w zabawie, Krasnalińska oprowadziła nas po całym przedszkolu, przedstawiła koleżankom i kolegom, porozmawialiśmy z paniami opiekunkami i innymi rodzicami, którzy otrzymali podobne jak my zaproszenie (jednorazowo mogło przyjść 5 rodziców/par rodziców) a na koniec mogliśmy się przysłuchać jak maluszki usadzone grzecznie w jednym kącie sali trenowały śpiewanie piosenek świątecznych, które będą częścią przygotowywanego przedstawienia bożonarodzeniowego :)
****
Po przedszkolu mieliśmy tylko 10min na powrót do domu, szybkie przebranie Małej (która ciągle była w ubrankach na lewą stronę) i pojechaliśmy do naszej przychodni na bilans trzylatka. Co prawda bilans spóźniony o ponad pół roku ale ponoć wszystko przez naszą zmianę adresu, której nie podali amelkowej pielęgniarce dziecięcej (odpowiednik polskiej pielęgniarki środowiskowej - ale specjalizującej się tylko i wyłączniew opiece nad maluszkami - od narodzenia dziecka do 3-4 roku życia - później jej rolę przejmuje jedna z pielęgniarek przedszkolnych). Podoba mi się ten system opieki nad dziećmi. Po pierwsze nasza pielęgniarka ściśle współpracuje z naszym lekarzem rodzinnym (każdy lekarz ma przypisaną określoną pielęgniarkę dziecięcą i razem w razie potrzeby współpracują- i oboje znają swojego małego pacjenta i jego rodziców od przysłowiowej podszewki :) My Marion - naszą pielęgniarkę poznaliśmy zaraz po wyjśćiu z nowo narodzoną Amelką ze szpitala. Na zmianę z położną z naszej przychodni, która opiekowała się mną w czasie ciąży, przez pierwsze 10 dni życia Amelki przyjeżdzały do nas do domu skontrolować jak sobie radzimy i w razie potrzeby udzielały porad. Czy to dotyczących karmienia piersią, czy to gojenia się moich ran po porodzie kleszczowym itp. Marion przywoziła ze sobą do nas do domu wagę i kontrolowała czy Mała dobrze przybiera i w razie problemów konsultowała nas od razu telefonicznie ze szpitalem (dzięki temu od razu w 3 dobie życia wyłapała, że Amelka za dużo traci na wadze i że mamy problemy z karmieniem i wysłała nas na kontrolę do szpitala - ale to już osobna i długa historia ;)) W każdym razie, każdy bilans, każde badanie malutkiej Amelki, comiesięczne ważenie i mierzenie odbywało się właśnie u niej w gabinecie (albo u nas w domu - bo nigdy nie było dla niej problemem wskoczenie w samochód i podjechanie ze wszystkimi koniecznymi sprzętami, kiedy ja np nie czułam się za dobrze albo kiedy M. musiał być w pracy i pogoda była zbyt paskudna, żeby isć do przychodni z wózkiem i maleńkim dzieckiem. I tym samym nie trzeba było przekładać wcześniej umówionych wizyt. To do Marion dzwoniłam kiedy półroczna Amelka nabawiła się pleśniawki i to ona wypisała wtedy receptę na żel do buźki. Generalnie kiedy mieliśmy jakikolwiek problem, nawet najbardziej błahy Marion była pierwszą osobą do której po poradę się dzwoniło i dopiero ona, kiedy uznawała, że dana sprawa jest zbyt poważna kontaktowała nas z lekarzem rodzinnym.
Marion była też właśnie osobą, która przeprowadziła bilans Krasnalińskiej. Okazało się, dzięki temu, że Amelek wyrósł na całkiem dorodną dziewczynkę mającą w 42 miesiącu życia całe 100cm wzrostu, ważącą 19,9kg (sporo ale mamy się tym nie martwić bo ponoć ma ją "wyciągnąć" w kilku najbliższych miesiącach - na co liczę w duchu ;) Rozwija się też dobrze pod względem emocjonalnym i ruchowym. W czasie bilansu 2latka zaniepokoiło Marion to, że Amelka miała jej zdaniem zbyt mały zasób słownictwa ale zamiast panikować i wysyłać na badania specjalistyczne stwierdziła, że być może trzeba jej dać więcej czasu i żebyśmy się zjawili po 3 urodzinach dla sprawdzenia postępów. Tym razem była bardzo mile zaskoczona faktem jak nasza dziewczynka jest rozgadana i otwarta, jak ładnie się dogaduje i to zarówno po polsku jak i angielsku i w kartę bilansową postawiła Amelce najwyższą możliwą ocenę za rozwój mowy :) Czyli kolejny kamień z serca :)
Dobrze mieć taką zaufaną osobę, która w razie potrzeby doradzi, uspokoi, a kiedy wie, że sama nie podoła problemowi skieruje w odpowiednie miejsce.
I fajnie mieć świadomość, że jeśli w przyszłości będziemy mieć drugie dziecko to właśnie Marion znów będzie się nami opiekować :)
****
No to się rozpisałam - a to dopiero jeden z zaległych dni opisałam.
Mam nadzieję, że w nadchodzącym tygodniu uda mi się sukcesywnie i po kolei nadrabiać wszystkie zaległości. Szkoda, że doba nie jest choć o godzinkę lub dwie dłuższa. Może byłoby jakoś łatwiej z ogarnięciem się :)
Ściskam i uciekam spędzić trochę czasu z rodzinką zanim znów pójdę do pracy dziś wieczorem :)
Friday, 7 December 2012
piosenka na dzisiejsze popołudnie pod kocykiem :)
usłyszałam wczoraj na kanale muzycznym i nie chce mi do dziś wylecieć z głowy :)
staroć ale za to jak przyjemnie się słucha :)
Thursday, 6 December 2012
little sneak peak....
W tym roku postawiłam na styl skandynawski i oto efekty (a raczej mała próbka)
po całym dniu sprzątania, prania, prasowania, mycia okien itd. - poprzedzonym bezsenną do 4 rano nocą (szyłam ozdoby choinkowe coby nie marnować czasu na bezczynne przewracanie się z boku na bok) starczyło jeszcze sił na ozdobienie upolowanej dziś przez M. naszej małej (ale za to żywej i pachnącej najprawdziwszym lasem) choinki
a teraz padam - i ide spać póki mi się chce :)
po całym dniu sprzątania, prania, prasowania, mycia okien itd. - poprzedzonym bezsenną do 4 rano nocą (szyłam ozdoby choinkowe coby nie marnować czasu na bezczynne przewracanie się z boku na bok) starczyło jeszcze sił na ozdobienie upolowanej dziś przez M. naszej małej (ale za to żywej i pachnącej najprawdziwszym lasem) choinki
(filcowy dzwoneczek z serduszkiem to między innymi efekt wspomnianej bezsenności ;))
a teraz padam - i ide spać póki mi się chce :)
Tuesday, 4 December 2012
chyba mam grype...
Jak w temacie...
Albo jeśli to nie grypa to paskudne przeziębienie. Na razie ratuję się paracetamolem, syropem malinowym i miodem. Nie mam na nic ochoty ani siły. Wczorajsze przygotowanie obiadu Amelce i Markowi, przytłoczyło mnie tak, że padłam na podłogę i rozbeczałam się jak mała dziewczynka. Żal mi było samej siebie bo czułam się (i wyglądałam) jak siedem nieszczęść! A z drugiej strony byłam na siebie złaa bo nienawidzę się za takie chwile słabości. Jak widać czasem każego rozkłada na łopatki jak nie jakaś góra problemów to zwykłe przeziębienie.
Do tego jeśli idzie się spać o 19 a potem budzi po godzinie i spędza resztę bezsennej nocy oglądając końcówkę trzeciej serii "Downton Abbey" (mój nowy ulubiony serial by the way - już nie mogę się doczekać na specjalny bożonarodzeniowy odcinek a później kolejną serię, którą itv zapowiada na jesień 2013!) to raczej szans na szybkie polepszenie kondycji raczej sie nie spodziewam.
Dobrze, że choć nad ranem (4.30!) udało mi się w końcu przysnąć na chwilę bo nie wiem jak bym przetrwała dzisiejszy poranek z Amelą-marudą!
Teraz Mała jest w przedszkolu a ja w łóżku z wielką filiżanką malinowej herbaty, słuchająca radiowej trójki zastanawiam się czy jeśli zasnę na godzinę to mnie to wzmocni czy rozbije już do reszty??
A jeśli zmęczona choróbskiem zasnę tak mocno, że nie wstanę na czas i nie zdążę po Krasnalińską do przedszkola??
W dni takie jak dzisiejszy marzę, żeby przedszkola w szkocji działały na polskich zasadach i można było dziecko odprowadzić na 6-8 godzin a nie tylko na marne 3!!
I moje drugie wielkie marzenie na dziś jest takie, żeby mieć wolny wieczór i noc a nie musieć isć do pracy!!!
Ale oczywiście ani jedno ani drugie się nie spełni więc się zbiorę grzecznie i choć z kaszlem rozrywającym klatę pójdę na 15 po dziecko a później na 19.30 do pracy.
Dobrze chociaż, że obiadem nie muszę się dziś martwic. M. powiadomiony o całej mojej sytuacji (nie)zdrowotnej obiecał wracając z pracy upolować pizzę i jakieś leki przeziębieniowe.
Jak się trochę pozbieram to napiszę o urodzinach małego Jasona, kolegi z przedszkolnej grupy, na których byliśmy z Amelką i o świątecznym kinderbalu corocznie organizowanym przez firmę M.
Albo jeśli to nie grypa to paskudne przeziębienie. Na razie ratuję się paracetamolem, syropem malinowym i miodem. Nie mam na nic ochoty ani siły. Wczorajsze przygotowanie obiadu Amelce i Markowi, przytłoczyło mnie tak, że padłam na podłogę i rozbeczałam się jak mała dziewczynka. Żal mi było samej siebie bo czułam się (i wyglądałam) jak siedem nieszczęść! A z drugiej strony byłam na siebie złaa bo nienawidzę się za takie chwile słabości. Jak widać czasem każego rozkłada na łopatki jak nie jakaś góra problemów to zwykłe przeziębienie.
Do tego jeśli idzie się spać o 19 a potem budzi po godzinie i spędza resztę bezsennej nocy oglądając końcówkę trzeciej serii "Downton Abbey" (mój nowy ulubiony serial by the way - już nie mogę się doczekać na specjalny bożonarodzeniowy odcinek a później kolejną serię, którą itv zapowiada na jesień 2013!) to raczej szans na szybkie polepszenie kondycji raczej sie nie spodziewam.
Dobrze, że choć nad ranem (4.30!) udało mi się w końcu przysnąć na chwilę bo nie wiem jak bym przetrwała dzisiejszy poranek z Amelą-marudą!
Teraz Mała jest w przedszkolu a ja w łóżku z wielką filiżanką malinowej herbaty, słuchająca radiowej trójki zastanawiam się czy jeśli zasnę na godzinę to mnie to wzmocni czy rozbije już do reszty??
A jeśli zmęczona choróbskiem zasnę tak mocno, że nie wstanę na czas i nie zdążę po Krasnalińską do przedszkola??
W dni takie jak dzisiejszy marzę, żeby przedszkola w szkocji działały na polskich zasadach i można było dziecko odprowadzić na 6-8 godzin a nie tylko na marne 3!!
I moje drugie wielkie marzenie na dziś jest takie, żeby mieć wolny wieczór i noc a nie musieć isć do pracy!!!
Ale oczywiście ani jedno ani drugie się nie spełni więc się zbiorę grzecznie i choć z kaszlem rozrywającym klatę pójdę na 15 po dziecko a później na 19.30 do pracy.
Dobrze chociaż, że obiadem nie muszę się dziś martwic. M. powiadomiony o całej mojej sytuacji (nie)zdrowotnej obiecał wracając z pracy upolować pizzę i jakieś leki przeziębieniowe.
Jak się trochę pozbieram to napiszę o urodzinach małego Jasona, kolegi z przedszkolnej grupy, na których byliśmy z Amelką i o świątecznym kinderbalu corocznie organizowanym przez firmę M.
Subscribe to:
Posts (Atom)

