About Me

My photo
Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,

Friday, 28 March 2014

o poziomkach i innych owocach...

Wiem wiem - tekst o poziomkach o tej porze roku morze faktycznie dziwić :)
Pamiętam, kiedy będąc w ciąży obudziłam się pewnego ranka (była wczesna wiosna - luty albo marzec) z mega ochotą na poziomki! Mimo, że minęło już od tego czasu 5 lat do dziś nie zapomniałam wyrazu twarzy M. i stresu w jego głosie, kiedy mówił "skąd ja Ci wytrzasnę poziomki o tej porze roku i w tym kraju"??? No a kobiecie w 7-8 mcu ciąży faktycznie ciężko jest wytłumaczyć, że nie może dostać tego czego jej się w danym momencie chce zjeść :)
Na szczęście zachcianka była jednorazowa i szybko mi przeszła.
Za to M. pamiętając o tej scenie sprzed lat - spotkawszy w zeszłym roku w centrum ogrodniczym sadzonki poziomek nie zastanawiał się ani chwili - kupił i jeszcze tego samego dnia posadził w ogródku dwa niewielkie krzaczki! Z tych niepozornych roślinek, posadzonych niemal w połowie sezonu wyrósł nam cały wielki gąszcz, który nota bene trzeba było przesadzić tej wiosny bo tak się rozrósł, że zaczął zagłuszać inne roślinki. A poziomek zeszłego lata mieliśmy zatrzęsienie - niemal każdego dnia zbierałam dwie duże garście owoców - część od razu lądowała w brzuchach a część mroziłam. Dzięki łagodnej pogodzie ostatnie poziomki zbierałam jeszcze w październiku (choć owoce i kwiaty widziałam na krzaczkach jeszcze i w listopadzie ale były mokre od deszczu i średnio nadające się do zjedzenia).




Na zdjęciu moja dłoń z wrześniowymi poziomkami :)











Zainspirowana wtorkowym postem Magdy z bloga Moaa's Lifestyle, i ja zaczęłam do swojego (i rodzinki) menu wprowadzać pyszne i przede wszystkim zdrowe koktajle warzywno-owocowe.

Na pierwszy ogień poszedł fantastyczny - intensywnie zielony napój, w którego skład wchodziły: szpinak, seler naciowy, avocado, jabłka, pomarańcze, kiwi oraz sok pomarańczowy. Początkowo miałam trochę obaw co do takiej mieszanki - ale okazało się, że był to strzał w dziesiątkę co udowodniła mi Amela, która po spróbowaniu zarządała całej porcji dla siebie (a kto zna Małą wie jak ortodoksyjna jest w wyborze owoców i warzyw, które trafiają do jej brzuszka - praktycznie poza bananami, jabłkami i winogronem nie uznaje innych owoców). Już wtedy wiedziałam, że "smoothie" jak mówi Amelka będą w naszym domu codziennie. Wczoraj po przedszkolu moja córka sama do mnie przyszła i zarządała, żeby jej zrobić pyszny koktajl - jedynym warunkiem jaki postawiła było aby napój był koloru różowego :) W pierwszej chwili złapałam się za głowę bo jak na złość różowych (czy może raczej czerwonych) owoców w domu chwilowo niet. Na szczęście po chwili przypomniałam sobie o zamrożonych poziomkach. W pięć minut przygotowałyśmy z Małą pyszną mieszankę poziomek, jabłek, jogurtu naturalnego i mleka.
Amelia nie posiadała się ze szczęścia na widok owoców przekształcających się w blenderze w różowe cudo :) A ja ze szczęścia na widok zapału z jakim mój ortodoksyjny owocowy niejadek bierze się do pochłaniania całej wielkiej szklanki koktajlu :)

Historia zatoczyła koło i mimo pięciu lat w końcu doczekałam się swoich poziomek w marcu :)



A dziś zrobiłyśmy z Amelią smoothie w kolorze żółtym (mango, świezy ananas i pomarńcze, seler naciowy i sok pomarańczowy) - przyda nam się trochę słonecznych barw w ten pochmurny i szary dzień! Że o witaminach nie wspomnę ;)






Wednesday, 26 March 2014

o Amelkowej wizycie w szpitalu...

Jak już kiedyś wspominałam na blogu Amela jest (albo raczej była) dzieckiem, które w pewnym momencie swojego życia uznało, że mycie ząbków jest bee.
Kiedyś cieszyłam się, że ząbkowanie i wszelkie dolegliwości z tym związane szczęśliwie przeżyliśmy bez większych dramatów i traumy. Owszem czasem pomarudziła (zwykle na dzień lub dwa) przed przebiciem się kolejnego ząbka ale zawsze kończyło się to posmarowaniem dziąsełek dentinoxem i było po problemie.
Podobnie było ze szczotkowaniem nowych ząbków- Amela uważała je za świetną zabawę - do czasu aż kiedyś mając nieco ponad dwa latka- z dnia na dzień stwierdziła, że jest to czynność, której absolutnie nie może zaakceptować. Od tego czasu zaczął się nasz koszmar (mój i M.), bo nagle okazało się, że aby umyć dziecku ząbki muszą być w domu oboje rodzice! Jedno do trzymania wierzgającego i drącego się wniebogłosy dziecka a drugie do szybkiego operowania szczoteczką! Wiele razy operacja taka kończyła się tym, że zlana łzami była nie tylko Amela ale i ja sama! Niestety mycie ząbków w takich warunkach zrodziło w Amelii obawę przed otwieraniem buźki i wszelkimi wizytami u dentysty. Owszem, regularnie co pół roku odwiedzała ze mną gabinet dentystyczny - ale zwykle kończyło się na moim i dentysty błaganiu ją o pozwolenie zajrzenia w paszczę!
Zeszłego lata, kiedy Amela spędzała wakacje w Polsce z kuzynkami - coś się w niej przełamało i zaczęła powoli sama próbować myć zęby i pozwoliła też sobie w tym pomagać- już nie trzeba było drugiej dorosłej osoby do trzymania jej! Bardzo pomocny okazał się też o dziwo mój smartfon i aplikacja z misiem koalą myjącym ząbki i zegarkiem odmierzającym czas szczotkowania. Amela go pokochała (so did we ;))

Problemów z myciem ząbków już raczej nie mamy ale niestety wcześniejsze niemal dwuletnie zmagania i walka o prawidłową higienę jamy ustnej nie pozostały bez śladu na mleczakach małej.
Kiedy w końcu zimą udało nam się zaciągnąć Amelię do dentysty i ubłagać o zgodę na zbadanie ząbków okazało się, że ma ona już niestety kilka ubytków. Zgoda na przegląd paszczy to niestety w przypadku Amelki nie to samo co zgoda na leczenie. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie dlatego nasz dentysta skierował nas do kliniki dentystycznej przy miejscowym szpitalu na konsultację z dentystą dziecięcym.
Trafiliśmy w końcu na cudowną osobę, z niesamowitym podejściem do dzieci, która tak potrafiła rozmawiać z Amelką, że ta bez gadania zgodziła się na dokładny przegląd ząbków oraz rentgen szczęki i nawet nie drgnęła podczas badania. Niestety okazało się wówczas, że trzy ząbki nie bardzo nadawały się już do leczenia (w Szkocji nie wiedzieć czemu bardzo niechętnie leczą mleczaki - w większości przypadków kończy się na ekstrakcji).
Nasza poniedziałkowa wizyta w szpitalu była właśnie następstwem owej konsultacji. 17 marca o 9 rano stawiliśmy się z Amelką na oddziale chirurgii szczękowej i po rejestracji przyszedł bardzo miły pan anestezjolog (od razu przeszedł z Amelią "na Ty" i kazał jej mówić do siebie Simon ;)) i zaprosił nas do swojego gabinetu na krótką rozmowę.
Po odpowiedzeniu na standardowy zestaw pytań dotyczących alergii, przebytych chorób itp opowiedział Amelii dlaczego tak ważne było, że musiała być na czczo (a kto ją zna to wie jaka robi się nieznośna jak wyjdzie z domu bez śniadanka ;)) oraz opowiedział co będzie się po kolei działo na sali operacyjnej. Wychowani w polskiej rzeczywistości i przyzwyczajeni do tamtejszych zwyczajów szpitalnych bardzo bardzo doceniamy z Markiem fakt, że pozwolono nam z Amelią wejść na samą salę operacyjną, gdzie bardzo miły pan (chyba pielęgniarz) pomógł jej się wdrapać na łóżko. Kiedy już wygodnie sobie leżała - Simon (anestezjolog) poprosił ją o wybranie koloru (i smaku/zapachu?) maseczki do gazu usypiającego. Wybór padł na fioletową o zapachu ciasteczek ;) Dodać muszę, też  że Amela cały czas w ramionach trzymała swoją lalę - bobasa, specjalnie zakupionego na okazję dodania odwagi w szpitalu :) Po krótkiej naradzie z Simonem - nasza córka wybrała też różową (truskawkową) maseczkę dla lalki i dostała nawet rozmiar niemowlęcy, żeby lepiej pasowało :D

Potem lekarz pokazał Amelce jak trzymać maseczkę na twarzy lalki i liczyć do 10ciu żeby ją uśpić, sam powtarzając wszystkie czynności na Amelce. Mała tak była przejęta i skupiona na usypianiu lalki, że sama nie zauważyła kiedy też odpłynęła w objęcia Morfeusza. Dopiero kiedy Amelka była uśpiona i gotowa do zabiegu zostaliśmy z Markiem poproszeni do przejścia do poczekalni. Sam zabieg i nasze oczekiwanie na szczęście nie trwały długo bo już po około 25minutach poproszono nas spowrotem do sali pooperacyjnej, gdzie Amelka powoli otwierała oczka i zaczynała się wybudzać. Dzięki doskonałej organizacji i współpracy lekarzy z nami - dziecko nawet się nie miało szansy zorientować, że nie było nas przy niej podczas zabiegu i do dziś jest przekonana, że byliśmy z nią cały czas :)
Po wybudzeniu z narkozy, przestraszona i trochę popłakująca Amelka chciała się przytulić do mnie i wstać z łóżka na co miłe pielęgniarki zaprowadziły nas do małego pokoiku sąsiadującego z salą pooperacyjną i wyposażonego w ogromne i mięciutkie fotele, gdzie mogłam usiąść z małą w ramionach. Dostałam też specjalny podkład aby ochronić moje ubranie przed krwią, którą przez jakiś czas pluła Amelia. Przestraszona i zdezorientowana Amelka nie wiedziała przez chwilkę za bardzo co się dzieje i płacząc prosiła nas o zabranie jej do domu. Po dłuższej chwili, kiedy udało się nam ją uspokoić przyszła pielęgniarka sprawdzić czy krwawienie z ust się zatrzymało i czy działanie narkozy całkiem ustało. Dostałyśmy wypis do domu a Amela na drogę jeszcze całą torbę rzeczy - od Simona dostała do zabrania do domu dwie maseczki do gazu usypiającego (dla siebie i lalki) oraz cały zestaw profesjonalnych maseczek i czepków chirurgicznych (mała część z nich zabrała do przedszkola i dołożyła do zabawek w kąciku lekarskim), mięciutką szczoteczkę do zębów do używania przez pierwsze dni po zabiegu, kiedy jeszcze buźka nie do końca była zagojona, oraz cały pakiet naklejek do podziału z przedszkolakami ze swojej grupy. Dostała też swoje wyrwane ząbki zapakowane w specjalnej torebeczce wraz z listem do zębowej wróżki i instrukcją co należy z nimi zrobić aby dostać za nie pieniążka :)
Nasza dzielna pacjentka samodzielnie i z uśmiechem na buźce wyszła z oddziału niecałe 2 godziny po naszym tam przybyciu i wróciliśmy prosto do domu. Dzięki fantastycznym lekarzom i pielęgniarkom mimo wyrwanych 3 ząbków Amelia nie pamięta bólu i dyskomfortu a jedynie to jaki miły był dla niej Simon i reszta personelu i cieszy się ze swoich nowych nabytków do torby lekarskiej :)

Po powrocie do domu zalecone miała spokojne spędzenie popołudnia na sofie i oglądanie bajek oraz jedzenie samych mięciutkich pokarmów (ulubiona zupka, galaretki, lody, budyń) z czego oczywiście chętnie skorzystała :)
A następnego dnia jak gdyby nigdy nic pomaszerowała do przedszkola upewniwszy się wcześniej, że może już biegać i skakać :)

Gdzie tu widać, że przed dwoma godzinami Amelia leżała na stole operacyjnym?? :)


Sunday, 23 March 2014

a za dwa tygodnie...

Za dwa tygodnie o tej porze będziemy w jednym z najpiękniejszych zakątków Szkocji. Zaczarowana i słynąca z pięknych pejzarzy wyspa Skye czeka na nas :) a mieszkać będziemy TU
Chyba nigdy bardziej nie potrzebowałam odpoczynku i chwili oderwania od codziennych problemów tak jak teraz. Najpierw wizyta Amelii w szpitalu i chirurgiczne usuwanie 3 zębów pod pełną narkozą (co miało miejsce w zeszły poniedziałek), potem 4 ciężkie nocki w pracy (dziś ostatnia z nich przede mną) i najgorsza ze wszystkiego piątkowa operacja mamy i wczorajsze i dzisiejsze komplikacje oraz świadomość, że mnie tam przy niej nie ma :( Fizycznie i psychicznie wyczerpujące i depresyjne.
Niech ten tydzień się już skończy i niech kolejny przyniesie lepsze wieści i mniej stresów...

Wednesday, 12 March 2014

ciąg dalszy maratonu..

Cztery 12godzinne nocki za mną - wczoraj miałam wolne ale zamiast odsypiać cały dzień spędziłam w domu z Amelką a wieczorem w kościele bo zostałam poproszona o bycie świadkową na bierzmowaniu córeczki przyjaciółki. A dziś od nowa praca i kolejne 4 nocki przede mną. Na dodatek w ciągu dnia musiałam zaliczyć 2godzinne szkolenie a wcześniej nadgonić z porządkami i pracami domowymi  więc jestem średnio wypoczęta a za 2 godziny znów zawitam w progi pracy i byleby do rana jakoś przetrwać bo jest szansa, że jak wrócę do domu o 7 rano to Amela da mi choć pospać do 9tej...
I tak wygląda moje życie ostatnio, tygodnie lecą, wiosna się skrada a ja sama nie wiem ile mam ze wszystkim zaległości. Niech już będzie początek kwietnia- mam wtedy kilka dni wolnego i już marzy mi się sen dłuższy niż 4-5godzinny. I może czasu na bloga będzie więcej bo tu pomysłów na posty i zdjęć tyle, że głowa boli...


a tu zdjęcie z wczorajszego wieczoru - kiedy po bierzmowaniu skoczyłyśmy z Lianne (moja bierzmowana) i jej mamą do restauracji na szybką kolację (było już po 21 kiedy tam dotarłyśmy) 
Niech zyje przyjaźń polsko-filipińska :)

Thursday, 6 March 2014

coś na pokonanie dzisiejszej depresji...





Kolejny szary, deszczowy, szkocki dzień - mam już dosyć i marzy mi się przeprowadzka w jakieś ciepłe miejsce.A jeśli nie przeprowadzka to choć krótkie wakacje - cokolwiek!



Zamiast tego słucham radia i udaję, że nie widzę tej szarości za oknem.

Dobrze chociaż, że Amelce humor dopisuje a deszcz jest jedynie powodem do założenia kaloszy i poskakania po kałużach w drodze do przedszkola....




Monday, 17 February 2014

allergic..

Dziś czuję się jak ten kot!



A allergię mam dziś na WSZYSTKO! Największą chyba na porządki domowe! Jak już pisałam wczoraj - chce się zakopać w łóżku i przespać ten tydzień ( a najlepiej to zamienić się w niedzwiedzia i obudzić dopiero na wiosnę)!


Sunday, 16 February 2014

zmęczenie materiału...

Znów tu u mnie coś cicho się zrobiło - a tak pięknie zaczął się ten nowy rok na blogu. Niestety z nadejściem lutego po pierwszym w miarę dobrym tygodniu zaatakowały nas choroby! To znaczy bardziej Amelę i Marka a ja latam jak głupia to od jednego do drugiego i podaję lekarstwa, robię herbatki i zamartwiam się jak tylko mama może matwić sie o chore dziecko :( Na dodatek praca na cały etat w trybie nocnym nie pomaga w utrzymaniu przytomności - dobrze, że do czwartku mam już wolne i będę się mogła znów zając naszym domowym szpitalem na pełny etat.

Dlatego też nie było w tym roku posta o Walentynkach (szczerze to mam dość swięta, kiedy to trzeci rok z rzędu właśnie w tym dniu atakuje nas wstrętna grypa), nie będzie też posta o planowanych wyprawach rodzinnych - wstrętne choróbska pokrzyżowały nam wszystkie plany wyjazdowe.

Generalnie to nic mi się nie chce -na siłę też nie będę pisać - myślę, że wrócę na bloga jak trochę podzdrowiejemy i się ogarniemy. Najchętniej zakopałabym się w łóżku i przespała z tydzień!!!

A tu po przepracowanych trzech nockach i dwugodzinnej drzemce po powrocie z pracy trzeba było wstać i zabawiać marudne i chore dziecko! A dzień się jeszcze nie skończył!!!!!!!!!