Nieciekawy mieliśmy ten początek tygodnia.
Najpierw w nocy z niedzieli na poniedziałek Amelia zdecydowala, że 2 w nocy to najlepszy czas na zabawę i na każdą próbę odłożenia jej do łóżka reagowała histerycznym krzykiem. Już prawie straciłam cierpliwość, kiedy po ponad godzinie spędzonej w jej pokoju udało się jej w końcu zasnać (ja siedziałam na podłodze obok jej łóżka a ona leżała na mnie i tak zasnęła). O stanie mojego kręgosłupa następnego ranka nawet nie chcę wspominać! Na dodatek zamiast pospać jak czasem do 8 - 8.30 zdecydowała, że najlepiej urządzić obolałej i niewyspanej matce pobudkę już o 7 rano!!!
Ledwo widząc jednym okiem (drugie ciągle było zamknięte i taaak bardzo chciało spaaaaaać) jakoś udało mi się zrobić jej śniadanie, zapakować z talerzem i kubkiem soku do mojego łóżka i włączyć przygody Myszki Miki (sama mogłam się jeszcze połóżyć w łóżku obok Amelki i poudawać, że jeszcze śpię).
Po godzinie 9 zadzwonił M. z wiadomością, że jest chory i ledwo stoi na nogach. Jak się okazało złapał od Amelki tego 24h wirusa. W pracy wytrwał pół zmiany i po 11 był już w domu (dobrze, że zostało mu jeszcze kilka dni urlopu, które musi wykorzystać do końca marca więc wziął sobie pół dnia urlopu w poniedziałek i cały dzień wczoraj). Po powrocie do domu i przebraniu się z roboczych ubrań wskoczył do łóżka i wstał dopiero wieczorem. Wczorajszy dzień wyglądał już lepiej i zarówno Markowi jak i Amelce wrócił apetyt, i humory jakoś bardziej dopisywały. Dobrze, że nawet po najgorszym poniedziałku przychodzi trochę lepszy wtorek :)
Dziś już M. wrócił do pracy i jak dzwonił na przerwie twierdził, że czuje się już całkiem nieźle.
Amelka od ponad godziny siedzi w swoim krzesełku do karmienia i właśnie skończyła śniadanie (co bardzo mnie cieszy bo ostatni tydzień pod względem jedzenia naprawdę był słaby).
Obok na sofie śpi Alex, którym sie dziś (i jutro) opiekujemy i ja przy kawie mam nawet chwilkę na poczytanie blogów i napisanie tej krótkiej notki :)
miłego dnia wszystkim blogowiczom życzymy
Faktycznie mało ciekawy początek. Ale ja dziś z rana wrzuciłam rękawiczki do głębokiej błotnistej kałuży, a mimo wszystko do domu wróciłam z bananem na twarzy :) co prawda banan był wynikiem poczucia absurdu rzeczywistości, a nie bezbrzeżnej radości. No ale nie chwalmy kobyłki przed zachodem słońca. Tydzień ma jeszcze 4 dni :)
ReplyDeletePs. Ładny szablonik. Zrobiło się pogodniej. I bardziej zielono.
po takim początku tygodnia końcówka może już być tylko lepsza :) a co do szabloniku to specjalnie szukałam czegoś wiosennego i chyba się udało
Delete