Od tego czasu było to święto, które niespecjalnie dobrze nam się kojarzyło i przestaliśmy je obchodzić.
W tym roku jednak, pomyślałam że w sumie czemu nie?? Nie kupujemy sobie prezentów ani nawet kartek, ale stwierdziłam, że zrobię lepszy obiad i posiedzimy sobie we trójkę, zwolnimy codzienny pęd i poprostu miło spędzimy czas :)
Niesamowicie miło zrobiło się nam (mi i Amelce w sensie), kiedy M. wrócił z pracy z naręczem kwiatów i każda z nas dostala bukiet - ja czerwone róże, Amelka tulipki :)
Cudnie było ją widzieć pół wieczoru biegającą z bukietem tulipanów, zabawnie marszczącą nos i wołającą "Look Mamuś! Flałerś śmell" :)
Teraz muszę się pochwalić (!!!) ale z pomocą wujka Googl'a udało mi się wyczarować naprawdę pyszny obiad: Kurczak "Balmoral" (nadziewany haggisem, zawinięty w plastry wędzonego bekonu i polany sosem whisky) z pieczonymi ziemniaczkami i fasolką szparagową.
A na deser banoffee&malinowa pavlova polana gorącym sosem toffi :) MNIAAAAAAAAM!
Mina M. po wjechaniu na stół deserku bezcenna :)
A moja musiała być bezcenna pół minuty później, kiedy Amela oznajmiła mi, że się zsikała!
Chcąc niechcąc musiałam wstać od stołu i iść ją umyć i przebrać.
No i jakby nie było czar i romantyczny nastrój wieczoru prysł (jeśli w ogóle można mówić o romantyźmie i nastrojowości w trakcie obiadu z niespełna 3 latką )
No ale co by nie pisać to był najfajnieszy walentynkowy wieczór jaki miałam od lat bo nie chodzi przecież o drogie prezenty ale o to, żeby spędzać ten czas w towarzystwie ukochanych osób - a Marek i Amelka to przecież dwie największe miłości mojego życia.
Miśku i Amiku kocham Was nad życie!!!! Nie tylko dziś ale zawsze!




uff, przeczytałam wszystko ! :) nie było mnie w świecie internetu tylko 5 dni, a tyle zaległości się narobiło!
ReplyDeletemiło się czyta o postępach Amelki :) zupełnie inne dziecko, niż to, które ja pamiętam < tak, tu wkrada się nutka melancholii >
A kolacja musiała być pyszna. Wcale jednak i w ogóle nie zazdroszczę, bo ja walentynki spędziłam w dresie jedząc przypalonego lekko kurczaka z sosem, który kapał na wszystkie możliwe strony, i śmiejąc się za głośno z komedii, która nie była śmieszna tak do końca :) chyba wspólny jest tylko wniosek - najlepsze walentynki od lat :D
:*