Obiecałam Amelce wyjście na plac zabaw, spacer i zakupy (nawet gdyby miał padać deszcz - kalosze i mały różowy parasol z hello kitty już cieszyły Amelkę wizją świetnej zabawy).
Rano, kiedy po przebudzeniu się Amela przyszła do mojego łóżka i przytuliła się, wydała mi się podejrzanie gorąca. Rozbudziło mnie to szybciej niż całe wiadro mocnej kawy bo od razu skoczyłam na równe nogi i pobiegłam zapalać światło, żeby dokładnie się jej przyjżeć. Pierwsze co rzucało się w oczy to mocno rumiane policzki nakrapiane różowymi plamkami i oczy błyszczące od gorączki. Początkowo wpadłam w panikę, ale po dokładniejszych oględzinach i stwierdzeniu, że uczulenie to jest tylko na buźce i dzięki pomocy wujka google, dowiedziałam się, że najprawdopodobniej Amela ma coś o nazwie "slapped cheek syndrome" lub "fifth disease" (po polsku to chyba rumień ale nie jestem całkiem pewna bo nie słyszałam nigdy o podobnej chorobie aż do teraz). Wszystko wskazuje, że to tylko jakaś mniej intensywna odmiana infekcji, bo po podaniu paracetamolu buźka ładnie blednie na kilka godzin i jedynie kilka maleńkich plamek na policzkach może zwracać uwagę.
Nasze wyjście z domu i realizowanie planu zakupowo-spacerowego musiałyśmy przełożyć na przyszły tydzień (mam nadzieję, że przez weekend Mała dojdzie już całkiem do siebie), a zamiast tego spędziłyśmy całkiem miły, leniwy dzień w domku (deszcz nie zawiódł i siedzenie w ciepłym wnętrzu stało się jeszcze przyjemniejsze ;) ). Zaczęłyśmy od śniadania w łóżku (trochę się obawiałam, jak Amela poradzi sobie z nutellą i nie poplami moich śnieżnobiałych prześcieradeł - ale dała radę :) ), a później zrobiłyśmy mały update bajek Disneya -najpierw padło na Pinokia (Amelia dostała w zeszłym tygodniu małą drewnianą figurkę tej postaci i jest bardzo zafascynowana jego długim nosem - wg. niej nos Pinokia jest takich rozmiarów bo go boli :P ), kolejną bajką był "Piotruś Pan", którego z większym zainteresowaniem obejrzałam ja niż moja córka (sentymentalnie mi się zrobiło i przypomniało dzieciństwo). Kiedy ja kończyłam oglądać bajkę, Amela zarządała rozłożenia małego namiotu, który wygrzebała w szafie i zrobiła misiom "pipnik" (piknik). Na zabawie i rozmowie z babcią i kuzynkami (skype) upłynął nam czas do obiadku (dzięki M., który wczoraj przygotował swoją popisową lasagne, nie musiałam nawet dziś gotować!). Po południu troszkę posprzątałyśmy dół domu (salon i kuchnię), zrobiłyśmy pranie i do powrotu M. z pracy znów leniwie i zabawowo spędzałyśmy czas. Teraz Amelka już grzecznie śpi (i mam nadzieje, że noc będzie bez większych wrażeń), M. ogląda mecz a ja mam chwilę na blogowanie..
W głowie mam już też pomysł na mojego nowego bloga o domu i urządzaniu wnętrz oraz na kilka pierwszych postów ale kiedy zasiadam do laptopa z zamiarem przelania tego wszystkiego na monitor jakaś niemoc twórcza mnie ogarnia. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu uda mi się go już doprowadzić do stanu godnego pokazania światu (wszyscy chętni dostaną wtedy maila z zaproszeniem - obiecuję).
A na koniec scenka rodzajowa z udziałem Amelka:
wczorajsze popołudnie - mała biega za piłką i kopiąc z impetem w stronę kuchni krzyczy "TYTOŃ (!!!) noga!!!! Goooooooool!!"
jak widać nawet na 3 latce Euro może pozostawić ślad :) To po meczu z Czechami, kiedy za każdym razem po dobrej obronie naszego bramkarza krzyczała "Brawo Tytoń" a kiedy niestety udało mu się wpuścić piłkę do bramki, Amela skwitowała ten fakt tylko "Silly Tytoń" i poszła się bawić do zabawek :)
Też bym z chęcią nam takie przedpołudnie zorganizowała, ale musimy jeszcze poczekać;))
ReplyDelete