About Me

My photo
Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,

Thursday, 1 March 2012

Dzień Piega :)

Na fejsbuku wyczytałam dziś, że 1 marca to oficjalnie dzień Przytulania Bibliotekarza więc ustawiać się w kolejce proszę ;)  (niech no tylko M. wróci z pracy to wykorzystam to święto na maxa ;) )
Wszystkim moim ukochanym bibliotekarom - Wy wiecie, o kim mówię - pamiętam o Was i tęsknię każdego dnia i marzy mi się, dzień kiedy będę mieszkać bliżej Was i będziemy się umawiać na ploty (i piwo) częściej niż raz w roku!

Pierwszy dzień marca jest też Dniem Piegów - więc dla jednego kochanego Piegusa, który zajmuje specjalne miejsce w moim sercu wysyłamy z Amelką wirtualne miliardy buziaków i uścisków (kto powiedział, że bibliotekarz też nie może przytulać ?? :)

A oto nasz ukochany i jedyny w swoim rodzaju Piegus znany też jako Ciocia Pyzia - co nie, że piegi są fajne??



Wednesday, 29 February 2012

co za początek tygodnia

Nieciekawy mieliśmy ten początek tygodnia.
Najpierw w nocy z niedzieli na poniedziałek Amelia zdecydowala, że 2 w nocy to najlepszy czas na zabawę i na każdą próbę odłożenia jej do łóżka reagowała histerycznym krzykiem. Już prawie straciłam cierpliwość, kiedy po ponad godzinie spędzonej w jej pokoju udało się jej w końcu zasnać (ja siedziałam na podłodze obok jej łóżka a ona leżała na mnie i tak zasnęła). O stanie mojego kręgosłupa następnego ranka nawet nie chcę wspominać! Na dodatek zamiast pospać jak czasem do 8 - 8.30 zdecydowała, że najlepiej urządzić obolałej i niewyspanej matce pobudkę już o 7 rano!!!
Ledwo widząc jednym okiem (drugie ciągle było zamknięte i taaak bardzo chciało spaaaaaać) jakoś udało mi się zrobić jej śniadanie, zapakować z talerzem i kubkiem soku do mojego łóżka  i włączyć przygody Myszki Miki (sama mogłam się jeszcze połóżyć w łóżku obok Amelki i poudawać, że jeszcze śpię).
Po godzinie 9 zadzwonił M. z wiadomością, że jest chory i ledwo stoi na nogach. Jak się okazało złapał od Amelki tego 24h wirusa. W pracy wytrwał pół zmiany i po 11 był już w domu (dobrze, że zostało mu jeszcze kilka dni urlopu, które musi wykorzystać do końca marca więc wziął sobie pół dnia urlopu w poniedziałek i cały dzień wczoraj). Po powrocie do domu i przebraniu się z roboczych ubrań wskoczył do łóżka i wstał dopiero wieczorem. Wczorajszy dzień wyglądał już lepiej i zarówno Markowi jak i Amelce wrócił apetyt, i humory jakoś bardziej dopisywały. Dobrze, że nawet po najgorszym poniedziałku przychodzi trochę lepszy wtorek :)

Dziś już M. wrócił do pracy i jak dzwonił na przerwie twierdził, że czuje się już całkiem nieźle.
Amelka od ponad godziny siedzi w swoim krzesełku do karmienia i właśnie skończyła śniadanie (co bardzo mnie cieszy bo ostatni tydzień pod względem jedzenia naprawdę był słaby).
Obok na sofie śpi Alex, którym sie dziś (i jutro) opiekujemy i ja przy kawie mam nawet chwilkę na poczytanie blogów i napisanie tej krótkiej notki :)

miłego dnia wszystkim blogowiczom życzymy

Saturday, 25 February 2012

koniec mini urlopu

To był fajny i całkiem owocny tydzień (pomijając noc kiedy Amelka źle się czuła oczywiście).
Wszystko co dało się posprzątać, uprać i uprasować gotowe i na swoim miejscu i nawet ciasto na weekend zrobione (i pół już zjedzone ;)) 
Za nami bardzo miłe popołudnie w towarzystwie przyjaciół i ich małego synka.
Przed nami wieczór z dvd (w planach do obejrzenia mamy Chłopiec w pasiastej piżamie i Remember me) a przede mną jutrzejszy dzień w pracy od 7.30 - 19.30 (żebym tylko nie zapomniała wstać i tam iść ;) )
Za to potem znów wolne do kolejnego piątku.
Fajnie czasem pracować tylko part-time :) 

Co do mojej małej Księżniczki to czuje się już o wiele lepiej. Po wymiotach nie ma już śladu. Jedyne co mnie trochę martwi to jej brak apetytu (dziś zjadła tylko kilka biszkoptów, kęs kurczaka, kilka frytek i wypiła kilka kubeczków soku i kubek mleka). Musimy nad nią popracować i przekonać do jedzenia spowrotem. Gdzie się podziała moja Amelka, która z apetytem zajadała swoje śniadanka, obiadki i kolacje i sama domagała się jogurtu czy owoców pomiędzy?? 

Thursday, 23 February 2012

ciężka noc i całkiem fajny dzień...

Oj ciężko było ostatniej nocy, ciężko!! Najpierw za późno wypiłam kawę i bezsenność mnie dopadła, siedziałam (a właściwie to leżałam) w łóżku z laptopem i czytałam Wasze blogi do prawie pierwszej. Później, kiedy już jakoś udało mi się zasnąć cieszyłam się na około 7 godzin snu. Oj jakże się myliłam! O 2.10 nad ranem doszedł mnie płacz Amelki, wzywającej na pomoc do swojego pokoju. Poszłam do niej z myślą, że pewno miała zły sen i trzeba utulić, poleżeć obok niej kilka minut i pomóc zasnąć z powrotem. Nic bardziej mylnego. Moje biedne maleństwo siedziało przestraszone w swoim łóżeczku i płakało bo zwymiotowała i nie bardzo wiedziała co się stało :( Poszłyśmy się przebrać i umyć do łazienki, zmieniłam jej pościel i namoczyłam tą brudną i zabrałam do nas do łóżka by mieć ją na oku gdyby znów miała poczuć się gorzej. Niestety niecałe pół godziny później historia znów się powtórzyła, z tym że teraz musiałam zmieniać nasze prześcieradła. Z myślą o M., który miał wstać do pracy za niecałe trzy godziny zabrałam Amelke do jej pokoju i położyłyśmy się spać na zapasowym łóżku, które się tam znajduje. Powtórka z rozrywki obudziła nas kolejny raz o 5 rano i kolejny raz zmieniałyśmy piżamy (tym razem nie musiałam zmieniać pościeli bo zabrałam do łóżka ręcznik, na którym spała Amelka). Godzina 6.30 i kolejny raz Amela obudziła się z płaczem, że boli ją brzuszek i znów trochę wymiotowała (tym razem już biedna nie miała nic w żołądku więc porządnie ją wyszarpało), po ponownym jej umyciu i zmianie piżamki, została na chwilę przytulona do gotowego do wyjścia do pracy M. a ja w tym czasie szybko załadowałam część namoczonych prześcieradeł i piżamek do pralki. Kiedy M. wyszedł z domu, Amelka powiedziała mi, że jest bardzo zmęczona, przytuliła się do mnie mocno i zasnęła w niecałe 2 minutki. Tym razem udało się nam pospać troszkę dłużej i obudził nas dopiero M., który o 9 miał przerwę śniadaniową i dzwonił z pytaniem co u nas :) Rozbudzone już całkiem, wstałyśmy o 9.15 i poszłyśmy do salonu, gdzie chciałam przebrać Amelkę z piżamki. Niestety w trakcie przebierania znów zwymiotowała a ja prawie się załamałam. Nieprzytomna ze zmęczenia po nieprzespanej nocy, zmartwiona o dziecko, które odmawiało całą noc i poranek wypicia choć naparstka wody zadzwoniłam do mamy i siostry po poradę co robić. Na szczęście w trakcie naszej "skajpowej konferencji" Amelka przyszła do mnie rządając soku i bez zastanowienia wypiła go pół butelki :) Troche jeszcze nie bardzo ufałam jej poprawie samopoczucia więc z niepokojem czekałam na dalszy rozwój wypadków bacznie ją obserwując. Po kolejnej pół godzinie Amelka nabrała lepszych kolorów na buzi i ku mojemu zdumieniu, z apetytem zjadła herbatnika. Po 11.15 zadzwonił od nas M., z wiadomością, że udało mu się wcześniej zwolnić z pracy i że jedzie do polskiego sklepu po małe zakupy i wraca do nas najszybciej jak sie da :)

Od tego momentu, dzień zdecydowanie się poprawił. Amelka po powrocie taty zjadła jeszcze jednego biszkopta popijając obficie butelką soku i zaczęła rozrabiać jak zwykle, kiedy jest w najlepszej swojej formie :)

Przed 15, kiedy już upłynęło ładnych kilka godzin od ostatniego epizodu wymiotów uznałam, że w miarę bezpiecznie możemy wyjść z Amelką z domu i wyciągnełam M. do jednego z moich ulubionych sklepów (hobby craft'u) gdzie zdecydowaliśmy jednogłośnie iż w naszej rodzinie ma dziś miejsce dzień "męża i żony i dziecka" i wydaliśmy blisko 70 funtów na różne drobiazgi (książkę o tworzeniu kartek z użyciem haftu krzyżykowego i całego zestawu sprzętów potrzebnych do ich wykonywania - dla mnie rzecz jasna, a dla M. szkicownik i zestaw artystycznych długopisów w kolorze sepii). Potem pojechaliśmy do naszego ulubionego sklepu z zabawkami i Amelka wyszła stamtąd bogatsza o pudełko puzzli ze Swinką Peppą i drewnianym konikiem (taki tradycyjny - głowa konia na kiju - o którym wiem, że od dłuższej chwili marzyła) i wróciliśmy do domu (jak to powiedziała Amelka - "letś ołpen preśientś and letś plej Mamuś")

Po powrocie do domu, oczywiście pierwsze musieliśmy otworzyć Amelkowe "prezenty" i mieliśmy sporo radości z tego jak ona się cieszyła :) Marek z córcią rozłożyli się z puzzlami na stole w salonie, włączyli bajki (ukochanego Strażaka Sama) i spędzili popołudnie fajnie się bawiąc (przy okazji Amelce udało się w trakcie zabawy zjeść 1.5 kromki chlebka z masłem i kolejnego biszkopta). Ja spędziłam popołudnie (a dokładniej 3.5h) prasujac wszystko co wpadło mi w ręce (a co już od kilku dni spędzało mi sen z powiek). Kiedy skończyłam prasować, okazało się, że jest już po godzinie 19 i Amelka jest wykąpana i gotowa do spania.
Sama stwierdziła, że jest zmęczona i grzecznie poszła do swojego pokoju gdzie wypiła jeszcze trochę soku i po kilku minutach zasnęła.

M. pojechał do kfc po "kolację" i teraz ogląda mecz a ja piszę posta i cieszę się swoim czystym mieszkaniem :) Opłacło się sprzątać te całe 2 dni bo czysto tu jak przed największym świętem czy coś ;)
Przy okazji dobrze się składa, że porządki mam już z głowy bo na sobotę zaprosiłam przyjaciół i będę jedynie musiała upiec jakieś ciastko do kawy i będę mogła się relaksować, korzystając z krótkiego bo krótkiego, ale jednak urlopu :)

Teraz już się więcej nie rozpisuję, bo i tak większość z Was ledwo pewno dotrwała do tego momentu a ja idę   rozpakować "swoje prezenty" i zobaczę czy jeszcze pamiętam jak się wyszywa krzyżykami (mięło ładnych parę lat od kiedy robiłam to po raz ostatni)

Spokojnego wieczoru wszystkim :)

ps. ogromnie dziękuję wszystkim, którzy tu do mnie zaglądają i czytają - zakładając tego bloga, myślałam że będzie on głównie dla rodziny w Polsce dobrym źródłem informacji o poczynaniach Amelki, i dla niej samej pamiątką na przyszłość - a tu wczoraj minęło nam 1000 odwiedzin :)
Miło wiedzieć, że ktoś interesuje się naszą małą rodzinką!

Tuesday, 21 February 2012

wiosna idzie??

Za oknem co prawda deszczowo i ponuro ale temperatura około 10 C więc jak na końcówkę lutego całkiem nieźle :) Teraz tylko trzeba czekać aż każdy skrawek trawnika pokryją kwitnące żonkile, krokusy i przebiśniegi!

A mnie coś wzięło na wiosenne porządki dzisiaj - mam w planach dokładne wymycie i poukładanie/przeorganizowanie wszystkich szaf, komód i regałow, wymycie okien i upranie zasłon, że o stercie prania i prasowania nie wspomnę.
A kiedy M. wróci z pracy za kilka godzin pomoże mi w małym przemeblowaniu salonu, sypialni Amelki i naszej. Coś czuję, że dziś w nocy bezsenność mi nie zagrozi.

A tymczasem jak na szpilkach czekamy na mega ważną wiadomość z dalekiego Krakowa :)
Ale więcej o tym ani słowa......

Monday, 20 February 2012

shabby chic..

W związku z coraz wyraźniej rysującą się nad naszymi głowami przeprowadzką do nowego (niestety znów tylko wynajętego) domku zaczęłam przeglądać różne blogi, strony o aranżacjarzch wnętrz i się zakochałam!
Shabby chic to jest to co tygryski lubią najbardziej!!! I marzy mi się wystrój black&white ewentualnie z różnymi odcieniami szarości. Do takich wnętrz wystarczy tylko dorzucić kilka dodatków i w zależności od koloru zmieniać wystrój......

niech ten czas biegnie jeszcze szybciej i niech już będzie wiosna i niech już się wyniesiemy z tego dusznego mieszkania w bloku! ja chcę już domek z ogródkiem!!

Tuesday, 14 February 2012

spokojny wieczór i świętowanie :)

Kiedy myślę o 14 lutym i świętowaniu przypomina mi się od razu nasz pierwszy wspólny z M. wieczór walentynkowy. Było to 9 lat temu i niestety zaczęło się źle, bo M. po weekendowych szaleństwach na śniegu leżał rozłożony przeziębieniem stulecia z gorączką sięgającą prawie 40C, niestety miało być jeszcze gorzej, kiedy mój tata dostał ze szpitala telefon o śmierci dziadka :( 
Od tego czasu było to święto, które niespecjalnie dobrze nam się kojarzyło i przestaliśmy je obchodzić. 
W tym roku jednak, pomyślałam że w sumie czemu nie?? Nie kupujemy sobie prezentów ani nawet kartek, ale stwierdziłam, że zrobię lepszy obiad i posiedzimy sobie we trójkę, zwolnimy codzienny pęd i poprostu miło spędzimy czas :)

Niesamowicie miło zrobiło się nam (mi i Amelce w sensie), kiedy M. wrócił z pracy z naręczem kwiatów i każda z nas dostala bukiet - ja czerwone róże, Amelka tulipki :) 


Cudnie było ją widzieć pół wieczoru biegającą z bukietem tulipanów, zabawnie marszczącą nos i wołającą "Look Mamuś! Flałerś śmell" :) 



Teraz muszę się pochwalić (!!!) ale z pomocą wujka Googl'a udało mi się wyczarować naprawdę pyszny obiad: Kurczak "Balmoral" (nadziewany haggisem, zawinięty w plastry wędzonego bekonu i polany sosem whisky) z pieczonymi ziemniaczkami i fasolką szparagową.


 A na deser banoffee&malinowa pavlova polana gorącym sosem toffi :) MNIAAAAAAAAM!



Mina M. po wjechaniu na stół deserku bezcenna :)
A moja musiała być bezcenna pół minuty później, kiedy Amela oznajmiła mi, że się zsikała! 
Chcąc niechcąc musiałam wstać od stołu i iść ją umyć i przebrać.

No i jakby nie było czar i romantyczny nastrój wieczoru prysł (jeśli w ogóle można mówić o romantyźmie i nastrojowości w trakcie obiadu z niespełna 3 latką )

No ale co by nie pisać to był najfajnieszy walentynkowy wieczór jaki miałam od lat bo nie chodzi przecież o drogie prezenty ale o to, żeby spędzać ten czas w towarzystwie ukochanych osób - a Marek i Amelka to przecież dwie największe miłości mojego życia.

Miśku i Amiku kocham Was nad życie!!!! Nie tylko dziś ale zawsze!