Nieciekawy mieliśmy ten początek tygodnia.
Najpierw w nocy z niedzieli na poniedziałek Amelia zdecydowala, że 2 w nocy to najlepszy czas na zabawę i na każdą próbę odłożenia jej do łóżka reagowała histerycznym krzykiem. Już prawie straciłam cierpliwość, kiedy po ponad godzinie spędzonej w jej pokoju udało się jej w końcu zasnać (ja siedziałam na podłodze obok jej łóżka a ona leżała na mnie i tak zasnęła). O stanie mojego kręgosłupa następnego ranka nawet nie chcę wspominać! Na dodatek zamiast pospać jak czasem do 8 - 8.30 zdecydowała, że najlepiej urządzić obolałej i niewyspanej matce pobudkę już o 7 rano!!!
Ledwo widząc jednym okiem (drugie ciągle było zamknięte i taaak bardzo chciało spaaaaaać) jakoś udało mi się zrobić jej śniadanie, zapakować z talerzem i kubkiem soku do mojego łóżka i włączyć przygody Myszki Miki (sama mogłam się jeszcze połóżyć w łóżku obok Amelki i poudawać, że jeszcze śpię).
Po godzinie 9 zadzwonił M. z wiadomością, że jest chory i ledwo stoi na nogach. Jak się okazało złapał od Amelki tego 24h wirusa. W pracy wytrwał pół zmiany i po 11 był już w domu (dobrze, że zostało mu jeszcze kilka dni urlopu, które musi wykorzystać do końca marca więc wziął sobie pół dnia urlopu w poniedziałek i cały dzień wczoraj). Po powrocie do domu i przebraniu się z roboczych ubrań wskoczył do łóżka i wstał dopiero wieczorem. Wczorajszy dzień wyglądał już lepiej i zarówno Markowi jak i Amelce wrócił apetyt, i humory jakoś bardziej dopisywały. Dobrze, że nawet po najgorszym poniedziałku przychodzi trochę lepszy wtorek :)
Dziś już M. wrócił do pracy i jak dzwonił na przerwie twierdził, że czuje się już całkiem nieźle.
Amelka od ponad godziny siedzi w swoim krzesełku do karmienia i właśnie skończyła śniadanie (co bardzo mnie cieszy bo ostatni tydzień pod względem jedzenia naprawdę był słaby).
Obok na sofie śpi Alex, którym sie dziś (i jutro) opiekujemy i ja przy kawie mam nawet chwilkę na poczytanie blogów i napisanie tej krótkiej notki :)
miłego dnia wszystkim blogowiczom życzymy
About Me
- KiniaMamaAmelki
- Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,
Wednesday, 29 February 2012
Saturday, 25 February 2012
koniec mini urlopu
To był fajny i całkiem owocny tydzień (pomijając noc kiedy Amelka źle się czuła oczywiście).
Wszystko co dało się posprzątać, uprać i uprasować gotowe i na swoim miejscu i nawet ciasto na weekend zrobione (i pół już zjedzone ;))
Za nami bardzo miłe popołudnie w towarzystwie przyjaciół i ich małego synka.
Przed nami wieczór z dvd (w planach do obejrzenia mamy Chłopiec w pasiastej piżamie i Remember me) a przede mną jutrzejszy dzień w pracy od 7.30 - 19.30 (żebym tylko nie zapomniała wstać i tam iść ;) )
Za to potem znów wolne do kolejnego piątku.
Przed nami wieczór z dvd (w planach do obejrzenia mamy Chłopiec w pasiastej piżamie i Remember me) a przede mną jutrzejszy dzień w pracy od 7.30 - 19.30 (żebym tylko nie zapomniała wstać i tam iść ;) )
Za to potem znów wolne do kolejnego piątku.
Fajnie czasem pracować tylko part-time :)
Co do mojej małej Księżniczki to czuje się już o wiele lepiej. Po wymiotach nie ma już śladu. Jedyne co mnie trochę martwi to jej brak apetytu (dziś zjadła tylko kilka biszkoptów, kęs kurczaka, kilka frytek i wypiła kilka kubeczków soku i kubek mleka). Musimy nad nią popracować i przekonać do jedzenia spowrotem. Gdzie się podziała moja Amelka, która z apetytem zajadała swoje śniadanka, obiadki i kolacje i sama domagała się jogurtu czy owoców pomiędzy??
Thursday, 23 February 2012
ciężka noc i całkiem fajny dzień...
Oj ciężko było ostatniej nocy, ciężko!! Najpierw za późno wypiłam kawę i bezsenność mnie dopadła, siedziałam (a właściwie to leżałam) w łóżku z laptopem i czytałam Wasze blogi do prawie pierwszej. Później, kiedy już jakoś udało mi się zasnąć cieszyłam się na około 7 godzin snu. Oj jakże się myliłam! O 2.10 nad ranem doszedł mnie płacz Amelki, wzywającej na pomoc do swojego pokoju. Poszłam do niej z myślą, że pewno miała zły sen i trzeba utulić, poleżeć obok niej kilka minut i pomóc zasnąć z powrotem. Nic bardziej mylnego. Moje biedne maleństwo siedziało przestraszone w swoim łóżeczku i płakało bo zwymiotowała i nie bardzo wiedziała co się stało :( Poszłyśmy się przebrać i umyć do łazienki, zmieniłam jej pościel i namoczyłam tą brudną i zabrałam do nas do łóżka by mieć ją na oku gdyby znów miała poczuć się gorzej. Niestety niecałe pół godziny później historia znów się powtórzyła, z tym że teraz musiałam zmieniać nasze prześcieradła. Z myślą o M., który miał wstać do pracy za niecałe trzy godziny zabrałam Amelke do jej pokoju i położyłyśmy się spać na zapasowym łóżku, które się tam znajduje. Powtórka z rozrywki obudziła nas kolejny raz o 5 rano i kolejny raz zmieniałyśmy piżamy (tym razem nie musiałam zmieniać pościeli bo zabrałam do łóżka ręcznik, na którym spała Amelka). Godzina 6.30 i kolejny raz Amela obudziła się z płaczem, że boli ją brzuszek i znów trochę wymiotowała (tym razem już biedna nie miała nic w żołądku więc porządnie ją wyszarpało), po ponownym jej umyciu i zmianie piżamki, została na chwilę przytulona do gotowego do wyjścia do pracy M. a ja w tym czasie szybko załadowałam część namoczonych prześcieradeł i piżamek do pralki. Kiedy M. wyszedł z domu, Amelka powiedziała mi, że jest bardzo zmęczona, przytuliła się do mnie mocno i zasnęła w niecałe 2 minutki. Tym razem udało się nam pospać troszkę dłużej i obudził nas dopiero M., który o 9 miał przerwę śniadaniową i dzwonił z pytaniem co u nas :) Rozbudzone już całkiem, wstałyśmy o 9.15 i poszłyśmy do salonu, gdzie chciałam przebrać Amelkę z piżamki. Niestety w trakcie przebierania znów zwymiotowała a ja prawie się załamałam. Nieprzytomna ze zmęczenia po nieprzespanej nocy, zmartwiona o dziecko, które odmawiało całą noc i poranek wypicia choć naparstka wody zadzwoniłam do mamy i siostry po poradę co robić. Na szczęście w trakcie naszej "skajpowej konferencji" Amelka przyszła do mnie rządając soku i bez zastanowienia wypiła go pół butelki :) Troche jeszcze nie bardzo ufałam jej poprawie samopoczucia więc z niepokojem czekałam na dalszy rozwój wypadków bacznie ją obserwując. Po kolejnej pół godzinie Amelka nabrała lepszych kolorów na buzi i ku mojemu zdumieniu, z apetytem zjadła herbatnika. Po 11.15 zadzwonił od nas M., z wiadomością, że udało mu się wcześniej zwolnić z pracy i że jedzie do polskiego sklepu po małe zakupy i wraca do nas najszybciej jak sie da :)
Od tego momentu, dzień zdecydowanie się poprawił. Amelka po powrocie taty zjadła jeszcze jednego biszkopta popijając obficie butelką soku i zaczęła rozrabiać jak zwykle, kiedy jest w najlepszej swojej formie :)
Przed 15, kiedy już upłynęło ładnych kilka godzin od ostatniego epizodu wymiotów uznałam, że w miarę bezpiecznie możemy wyjść z Amelką z domu i wyciągnełam M. do jednego z moich ulubionych sklepów (hobby craft'u) gdzie zdecydowaliśmy jednogłośnie iż w naszej rodzinie ma dziś miejsce dzień "męża i żony i dziecka" i wydaliśmy blisko 70 funtów na różne drobiazgi (książkę o tworzeniu kartek z użyciem haftu krzyżykowego i całego zestawu sprzętów potrzebnych do ich wykonywania - dla mnie rzecz jasna, a dla M. szkicownik i zestaw artystycznych długopisów w kolorze sepii). Potem pojechaliśmy do naszego ulubionego sklepu z zabawkami i Amelka wyszła stamtąd bogatsza o pudełko puzzli ze Swinką Peppą i drewnianym konikiem (taki tradycyjny - głowa konia na kiju - o którym wiem, że od dłuższej chwili marzyła) i wróciliśmy do domu (jak to powiedziała Amelka - "letś ołpen preśientś and letś plej Mamuś")
Po powrocie do domu, oczywiście pierwsze musieliśmy otworzyć Amelkowe "prezenty" i mieliśmy sporo radości z tego jak ona się cieszyła :) Marek z córcią rozłożyli się z puzzlami na stole w salonie, włączyli bajki (ukochanego Strażaka Sama) i spędzili popołudnie fajnie się bawiąc (przy okazji Amelce udało się w trakcie zabawy zjeść 1.5 kromki chlebka z masłem i kolejnego biszkopta). Ja spędziłam popołudnie (a dokładniej 3.5h) prasujac wszystko co wpadło mi w ręce (a co już od kilku dni spędzało mi sen z powiek). Kiedy skończyłam prasować, okazało się, że jest już po godzinie 19 i Amelka jest wykąpana i gotowa do spania.
Sama stwierdziła, że jest zmęczona i grzecznie poszła do swojego pokoju gdzie wypiła jeszcze trochę soku i po kilku minutach zasnęła.
M. pojechał do kfc po "kolację" i teraz ogląda mecz a ja piszę posta i cieszę się swoim czystym mieszkaniem :) Opłacło się sprzątać te całe 2 dni bo czysto tu jak przed największym świętem czy coś ;)
Przy okazji dobrze się składa, że porządki mam już z głowy bo na sobotę zaprosiłam przyjaciół i będę jedynie musiała upiec jakieś ciastko do kawy i będę mogła się relaksować, korzystając z krótkiego bo krótkiego, ale jednak urlopu :)
Teraz już się więcej nie rozpisuję, bo i tak większość z Was ledwo pewno dotrwała do tego momentu a ja idę rozpakować "swoje prezenty" i zobaczę czy jeszcze pamiętam jak się wyszywa krzyżykami (mięło ładnych parę lat od kiedy robiłam to po raz ostatni)
Spokojnego wieczoru wszystkim :)
ps. ogromnie dziękuję wszystkim, którzy tu do mnie zaglądają i czytają - zakładając tego bloga, myślałam że będzie on głównie dla rodziny w Polsce dobrym źródłem informacji o poczynaniach Amelki, i dla niej samej pamiątką na przyszłość - a tu wczoraj minęło nam 1000 odwiedzin :)
Miło wiedzieć, że ktoś interesuje się naszą małą rodzinką!
Od tego momentu, dzień zdecydowanie się poprawił. Amelka po powrocie taty zjadła jeszcze jednego biszkopta popijając obficie butelką soku i zaczęła rozrabiać jak zwykle, kiedy jest w najlepszej swojej formie :)
Przed 15, kiedy już upłynęło ładnych kilka godzin od ostatniego epizodu wymiotów uznałam, że w miarę bezpiecznie możemy wyjść z Amelką z domu i wyciągnełam M. do jednego z moich ulubionych sklepów (hobby craft'u) gdzie zdecydowaliśmy jednogłośnie iż w naszej rodzinie ma dziś miejsce dzień "męża i żony i dziecka" i wydaliśmy blisko 70 funtów na różne drobiazgi (książkę o tworzeniu kartek z użyciem haftu krzyżykowego i całego zestawu sprzętów potrzebnych do ich wykonywania - dla mnie rzecz jasna, a dla M. szkicownik i zestaw artystycznych długopisów w kolorze sepii). Potem pojechaliśmy do naszego ulubionego sklepu z zabawkami i Amelka wyszła stamtąd bogatsza o pudełko puzzli ze Swinką Peppą i drewnianym konikiem (taki tradycyjny - głowa konia na kiju - o którym wiem, że od dłuższej chwili marzyła) i wróciliśmy do domu (jak to powiedziała Amelka - "letś ołpen preśientś and letś plej Mamuś")
Po powrocie do domu, oczywiście pierwsze musieliśmy otworzyć Amelkowe "prezenty" i mieliśmy sporo radości z tego jak ona się cieszyła :) Marek z córcią rozłożyli się z puzzlami na stole w salonie, włączyli bajki (ukochanego Strażaka Sama) i spędzili popołudnie fajnie się bawiąc (przy okazji Amelce udało się w trakcie zabawy zjeść 1.5 kromki chlebka z masłem i kolejnego biszkopta). Ja spędziłam popołudnie (a dokładniej 3.5h) prasujac wszystko co wpadło mi w ręce (a co już od kilku dni spędzało mi sen z powiek). Kiedy skończyłam prasować, okazało się, że jest już po godzinie 19 i Amelka jest wykąpana i gotowa do spania.
Sama stwierdziła, że jest zmęczona i grzecznie poszła do swojego pokoju gdzie wypiła jeszcze trochę soku i po kilku minutach zasnęła.
M. pojechał do kfc po "kolację" i teraz ogląda mecz a ja piszę posta i cieszę się swoim czystym mieszkaniem :) Opłacło się sprzątać te całe 2 dni bo czysto tu jak przed największym świętem czy coś ;)
Przy okazji dobrze się składa, że porządki mam już z głowy bo na sobotę zaprosiłam przyjaciół i będę jedynie musiała upiec jakieś ciastko do kawy i będę mogła się relaksować, korzystając z krótkiego bo krótkiego, ale jednak urlopu :)
Teraz już się więcej nie rozpisuję, bo i tak większość z Was ledwo pewno dotrwała do tego momentu a ja idę rozpakować "swoje prezenty" i zobaczę czy jeszcze pamiętam jak się wyszywa krzyżykami (mięło ładnych parę lat od kiedy robiłam to po raz ostatni)
Spokojnego wieczoru wszystkim :)
ps. ogromnie dziękuję wszystkim, którzy tu do mnie zaglądają i czytają - zakładając tego bloga, myślałam że będzie on głównie dla rodziny w Polsce dobrym źródłem informacji o poczynaniach Amelki, i dla niej samej pamiątką na przyszłość - a tu wczoraj minęło nam 1000 odwiedzin :)
Miło wiedzieć, że ktoś interesuje się naszą małą rodzinką!
Tuesday, 21 February 2012
wiosna idzie??
Za oknem co prawda deszczowo i ponuro ale temperatura około 10 C więc jak na końcówkę lutego całkiem nieźle :) Teraz tylko trzeba czekać aż każdy skrawek trawnika pokryją kwitnące żonkile, krokusy i przebiśniegi!
A mnie coś wzięło na wiosenne porządki dzisiaj - mam w planach dokładne wymycie i poukładanie/przeorganizowanie wszystkich szaf, komód i regałow, wymycie okien i upranie zasłon, że o stercie prania i prasowania nie wspomnę.
A kiedy M. wróci z pracy za kilka godzin pomoże mi w małym przemeblowaniu salonu, sypialni Amelki i naszej. Coś czuję, że dziś w nocy bezsenność mi nie zagrozi.
A tymczasem jak na szpilkach czekamy na mega ważną wiadomość z dalekiego Krakowa :)
Ale więcej o tym ani słowa......
A mnie coś wzięło na wiosenne porządki dzisiaj - mam w planach dokładne wymycie i poukładanie/przeorganizowanie wszystkich szaf, komód i regałow, wymycie okien i upranie zasłon, że o stercie prania i prasowania nie wspomnę.
A kiedy M. wróci z pracy za kilka godzin pomoże mi w małym przemeblowaniu salonu, sypialni Amelki i naszej. Coś czuję, że dziś w nocy bezsenność mi nie zagrozi.
A tymczasem jak na szpilkach czekamy na mega ważną wiadomość z dalekiego Krakowa :)
Ale więcej o tym ani słowa......
Monday, 20 February 2012
shabby chic..
W związku z coraz wyraźniej rysującą się nad naszymi głowami przeprowadzką do nowego (niestety znów tylko wynajętego) domku zaczęłam przeglądać różne blogi, strony o aranżacjarzch wnętrz i się zakochałam!
Shabby chic to jest to co tygryski lubią najbardziej!!! I marzy mi się wystrój black&white ewentualnie z różnymi odcieniami szarości. Do takich wnętrz wystarczy tylko dorzucić kilka dodatków i w zależności od koloru zmieniać wystrój......
niech ten czas biegnie jeszcze szybciej i niech już będzie wiosna i niech już się wyniesiemy z tego dusznego mieszkania w bloku! ja chcę już domek z ogródkiem!!
Tuesday, 14 February 2012
spokojny wieczór i świętowanie :)
Kiedy myślę o 14 lutym i świętowaniu przypomina mi się od razu nasz pierwszy wspólny z M. wieczór walentynkowy. Było to 9 lat temu i niestety zaczęło się źle, bo M. po weekendowych szaleństwach na śniegu leżał rozłożony przeziębieniem stulecia z gorączką sięgającą prawie 40C, niestety miało być jeszcze gorzej, kiedy mój tata dostał ze szpitala telefon o śmierci dziadka :(
Od tego czasu było to święto, które niespecjalnie dobrze nam się kojarzyło i przestaliśmy je obchodzić.
W tym roku jednak, pomyślałam że w sumie czemu nie?? Nie kupujemy sobie prezentów ani nawet kartek, ale stwierdziłam, że zrobię lepszy obiad i posiedzimy sobie we trójkę, zwolnimy codzienny pęd i poprostu miło spędzimy czas :)
Niesamowicie miło zrobiło się nam (mi i Amelce w sensie), kiedy M. wrócił z pracy z naręczem kwiatów i każda z nas dostala bukiet - ja czerwone róże, Amelka tulipki :)
Cudnie było ją widzieć pół wieczoru biegającą z bukietem tulipanów, zabawnie marszczącą nos i wołającą "Look Mamuś! Flałerś śmell" :)
Teraz muszę się pochwalić (!!!) ale z pomocą wujka Googl'a udało mi się wyczarować naprawdę pyszny obiad: Kurczak "Balmoral" (nadziewany haggisem, zawinięty w plastry wędzonego bekonu i polany sosem whisky) z pieczonymi ziemniaczkami i fasolką szparagową.
A na deser banoffee&malinowa pavlova polana gorącym sosem toffi :) MNIAAAAAAAAM!
Mina M. po wjechaniu na stół deserku bezcenna :)
A moja musiała być bezcenna pół minuty później, kiedy Amela oznajmiła mi, że się zsikała!
Chcąc niechcąc musiałam wstać od stołu i iść ją umyć i przebrać.
No i jakby nie było czar i romantyczny nastrój wieczoru prysł (jeśli w ogóle można mówić o romantyźmie i nastrojowości w trakcie obiadu z niespełna 3 latką )
No ale co by nie pisać to był najfajnieszy walentynkowy wieczór jaki miałam od lat bo nie chodzi przecież o drogie prezenty ale o to, żeby spędzać ten czas w towarzystwie ukochanych osób - a Marek i Amelka to przecież dwie największe miłości mojego życia.
Miśku i Amiku kocham Was nad życie!!!! Nie tylko dziś ale zawsze!
Friday, 10 February 2012
"belek" i "mek" czyli o nocnikowaniu i odstawianiu smoka słów kilka
Się tyle opisałam wczoraj a zapomniałam o najważniejszym :)
Się mam czym to się chwalę - UWAGA - (albo jak mówi Amelek UŁAGA) - od kilku (3-4) dni nasz mały Bączek umie samodzielnie korzystać z nocniczka :)
Czasem jeszcze trzeba jej pomóc z rozbieraniem się ale poza tym przez ostatnie 4 dni korzystała z pieluszki tylko w nocy lub przy wyjściu z domu. W tym czasie zdażył się jej może jeden lub dwa wypadki (kiedy zwykle zajęta zabawą za długo zwlekała z przybiegnięciem do nocnika. Woła wtedy tak śmiesznie "Mamuś/Tatuś belek" (się znaczy, dajcie mi kibelek :))
Jestem z niej tak bardzo dumna i szczęśliwa, że aż cieżko mi to wyrazić słowami. Racje miała Paulina, która wyjeżdzając od nas powiedziała "zobaczycie, że za góra miesiąc pożegnacie sie z pieluszkami" :)
Jak to ona się jednak zna na dzieciach!
Się mam czym to się chwalę - UWAGA - (albo jak mówi Amelek UŁAGA) - od kilku (3-4) dni nasz mały Bączek umie samodzielnie korzystać z nocniczka :)
Czasem jeszcze trzeba jej pomóc z rozbieraniem się ale poza tym przez ostatnie 4 dni korzystała z pieluszki tylko w nocy lub przy wyjściu z domu. W tym czasie zdażył się jej może jeden lub dwa wypadki (kiedy zwykle zajęta zabawą za długo zwlekała z przybiegnięciem do nocnika. Woła wtedy tak śmiesznie "Mamuś/Tatuś belek" (się znaczy, dajcie mi kibelek :))
Jestem z niej tak bardzo dumna i szczęśliwa, że aż cieżko mi to wyrazić słowami. Racje miała Paulina, która wyjeżdzając od nas powiedziała "zobaczycie, że za góra miesiąc pożegnacie sie z pieluszkami" :)
Jak to ona się jednak zna na dzieciach!
A oto Amela i jej różowy "tron" :)
****
Z innych wartych odnotowania wydarzeń z amelkowego życia, trzeba wspomnieć o pożegnaniu ze smoczkiem. Tym razem już ostatecznym i definitywnym.
Od blisko roku Amelka używała już smoka tylko podczas zasypiania (po zaśnięciu zawsze leżał obok na podusi albo trzymała go w kurczowo zaciśniętej łapce na wypadek przebudzenia). Latem zeszłego roku udało się nam już nawet oduczyć ją i tego nawyku (a smoczek wylądował schowany głęboko na dnie szuflady na czarną godzinę). Owa czarna godzina przyszła w pażdzierniku zeszłego roku, kiedy to z Amelkowego niemowlaczkowego łóżeczka odkręciliśmy boczne ścianki ze szczebelkami i przekonwertowaliśmy je w tradycyjne dzieciece łóżko.
Amelka choć początkowo zachwycona faktem, że mogła z niego wchodzić i wychodzić bez ograniczenia szczebelkami, bardzo tęskniła za swoim "starym" łóżkiem i za nic nie mogła zasnąć w "nowym". Tutaj z pomocą przyszedł smoczek (przez małą nazywany "mek"), przy pomocy którego zasnęła w ciągu 5ciu minut. Od tego czasu mek wrócił do gry, ale za to zasypianie jest praktycznie bezbolesne. Amelka wypija swoje mleczko wieczorne, myje ząbki (ale to historia na oddzielny post), bierze pod pachę Misia/Osiołka/Dadora/Timmiego (w zależności od nastroju ;)) i grzecznie idzie do swojego pokoju, wskakuje pod kołderkę i przypomina "Mama!Story!!!" Po przeczytaniu bajeczki/obejrzeniu i opowiedzeniu sobie wszystkich obrazków, upewnia się, że wybrana zabawka leży grzecznie obok na podusi, bierze smoka do buzi (czasem wystarczy, że trzyma go w łapce) i przy dźwiękach ulubionych kołysanek Turnau'a i Magdy Umer układa się do snu. My wtedy gasimy światło, wychodzimy z pokoju i zamykamy jej drzwi z przekonaniem, że w 99% przypadkach po 5minutach Amela będzie już słodko spała.
Dziś wieczorem niestety musiała się ostatecznie pożegnać z dydkiem. Po powrocie z pracy zauważyłam leżącego na podłodze i kiedy schyliłam się aby go podnieść, mój wzrok przykuła wygryziona w samym środku pokaźnych rozmiarów dziura. Niestety Amelia jest bardzo przywiązana do tego jednego jedynego egzemplarza i za nic na świecie nie dotknie innych.
Pierwsze co pomyślałam, to że będzie dziś problem z zasypianiem ale później wpadłam na pomysł zawołania Amelki i pokazania jej uszkodzonego "meka" i wytłumaczeniu dlaczego musimy się go pozbyć. Oczywiście Mała za nic nie chciała słuchać i w pierwszym odruchu chwyciła go i włożyła do buzi, ale od razu musiała poczuć, że coś jest nie tak bo szybko go wypluła i zaczęła uważnie się przyglądać. Kiedy zauważyła dziurę, przytuliła się mocno do mnie i powiedziała tylko "Ohhhhh! Mek's bloken" później z trzęsącą się brodą i pełnymi łez oczkami pomachała mu "bye bye" i patrzyła jak M. wrzucił go do kosza.
Dla odwrócenia jej uwagi i osuszenia łez dostała ukochanego żelka, którego zamiast zjeść zabrała z sobą do łóżka :) Po odprawieniu wszystkich wyżej wspomnianych rytuałów z książeczką i kołysankami wydawało się, że pogodzona z losem pójdzie grzecznie spać. Niestety po 2 minutach przyszła do nas do salonu i widać było, że potrzebuje się jeszcze trochę poprzytulać, przyniosła też książkę do kolejnego przeczytania i dopiero wtedy dała się ponownie odprowadzić do swojego pokoju. Przez chwilę płakała i protestowała przed spaniem ale lalka i mis do towarzystwa i bidonik z sokiem złagodziły trochę smutek po stracie smoka i po kolejnych kilku minutach dziecko zasnęło. I mam nadzieję, że spokojnie prześpi całą noc. Mam trochę obaw związanych z pobudkami w środku nocy w poszukiwaniu smoczka ale może nie będzie tak źle i może tradycyjnie już panikuję bez potrzeby :)
A na koniec tego przydługiego już posta My :)
Miłego weekendu wszystkim :)
Subscribe to:
Posts (Atom)





