Tak jak wczoraj się spodziewałam, dziś był dzień pełen wydarzeń i mieszanych emocji.
Począwszy od wielkiego zdziwienia rano - (to ja i Marek) - Amela dała nam dziś pospać do 9.00 i dla odmiany to my musielismy ją obudzić :) Gdyby nie osoba, która wrzuciła nam przez otwór na listy katalog z Ikea i narobiła hałasu pewno spalibyśmy wszyscy jeszcze dłużej :)
Potem było pełne radości śniadanie w rodzinnym gronie (prawie nam się nie zdarzają takie okazje - chyba, że jesteśmy na wakacjach) i pełne ekscytacji (to Amelia) i wątpliwości (to ja) decydowanie w co by się tu ubrać w ten pamiętny dzień :) W tym przypadku górę wziął przede wszystkim zdrowy rozsądek i wzgląd na wygodę małej podczas zabawy i stanęło na spodniach, koszulce i trampkach.
Jeszcze chwila niecierpliwego oczekiwania (to znów Amelia) pod drzwiami na tatę i mogli wyruszyć :)
Ja popstrykałam trochę zdjęć "ku pamięci" i ze ściśniętym sercem zamknęłam za nimi drzwi i kiedy zastanawiałam się czy pora już żeby uronić tą podstępną łzę przyczajoną pod powieką usłyszałam największy (od kiedy mieszkam w tym kraju) grzmot i nadciągągającą burzę i zobaczyłam M. wracającego w kierunku domu po parasol :) Kiedy otworzyłam mu drzwi okazało się, że niebo zdązyło się już zabarwić na granatowo i nie było śladu po słońcu ani białych chmurkach (które były tam jeszcze przed 3 minutami, kiedy pstrykałam im zdjecia). M. stwierdził, że woli zabrać parasol niż samochód bo szybciej od nas dojdzie się do przedszkola pieszo niż znajdzie na przyszkolnym parkingu miejsce do zaparkowania.
I kiedy po raz drugi zamknęłam za nimi drzwi, już nie w głowie były mi łzy a zaczęło się nerwowe spoglądanie to na coraz bardziej ciemniejące niebo i zegarek, i obliczanie - czy powinni już dojść? czy uda im się zdążyć przed ulewą??
Dokładnie o 13 (czyli o godzinie, kiedy Amelia miała stawić się w przedszkolu) spadły pierwsze ciężkie krople, a za nimi otworzyło się niebo! Rozpętała się istna burza! Z piorunami, grzmotami, szalejącym wiatrem. Co sił pognałam na górę powyłączać wszystkie sprzęty elektroniczne z prądu i kiedy myślałam, że pogoda nie może już być gorsza usłyszałam ten dźwięk! Wyjrzałam przez okno i okazało się, że chodnik przed domem pokryty jest białą powłoką a na parapecie leży warstewka małych lodowych kuleczek!
To moje pierwsze gradobicie w tym kraju. Myśli moje co chwilę uciekały w stronę przedszkola. Wiedziałam, że Marek z Amelką napewno zdążyli dotrzeć na miejsce zanim spadły pierwsze krople deszczu. Zastanawiałam się raczej jak takie maluszki reagują na to co działo się za oknami. Wg M. nasza córka zajęta zabawą prawie nie zauważała, że coś się dzieje, ale było kilkoro dzieci, które wyglądały na autentycznie przerażone (sama przyznam, że miałam chwilami stracha a co tu dopiero mówić o takiej grupce trzylatków).
Żeby zająć się czymś i nie myśleć za bardzo o Amelce (w końcu wiedziałam, że jest w dobrycah rękach a na dodatek w ten pierwszy dzień w towarzystwie taty), zajęłam się sprzątaniem i gotowaniem. Korzystając z okazji, że Amela nie plącze mi się pod nogami udało mi się poprzestawiać meble w salonie i zmyć wszystkie podłogi w rekordowym tempie 10min (zwykle z moją małą "pomocnicą" trwa to do pół godziny).
Pozostały czas stwierdziłam, że przeznaczę na lepienie pierogów (czego normalnie serdecznie nie znoszę) i faktycznie zajęta robieniem ciasta a potem pierogami nawet nie zauważyłam kiedy czas mi zleciał. Podnosząc głowę po ulepieniu ostatniego pieroga okazało się, że mam jakieś 5-10 min do powrotu moich milusinskich do domu :)
Długo by jeszcze pisać, ale najważniejsze co trzeba przyznać, to że moja dzielna dziewczynka poradziła sobie ten pierwszy dzień rewelacyjnie (wg słów M.). Posiedziała z nim pierwszą minutę a później nie sprawdzając nawet czy jest obok niej pobiegła najzwyczajniej w swiecie do zabawek :)
W tym czasie Marek dostał stertę papierów do wypełnienia (zeszło mu się pół godziny więc musiało byc tego naprawdę sporo), a pozostały czas spędził na rozmowach z opiekunkami i obserwowaniu zachowania dziecka.
Do domu Amelka wracała posmutniała (zawiedziona, że dziś była w przedszkolu tak krótko - ale na najlepszej zabawie 1.5godziny minęło jak kilka minut). Kiedy tylko weszła do domu zaczęła mi wszystko relacjonować i z przejęciem odpowiadała na każde moje pytanie o to co robiła i co widziała :)
Trochę humor się jej poprawił, kiedy dowiedziała się że jutro też pójdzie do przedszkola i to na dłużej (pełna sesja trwa 3 godziny) i mam nadzieję, że to ją już bardziej zadowoli :)
Za to ja czuję coraz większego stresa i gulę rosnącą w gardle na myśl, że moje dziecko, które dopiero było takie maleńkie i bezbronne, potrzebujące mamy na każdym kroku będzie od jutra samodzielnym przedszkolakiem! A właściwie to już nim jest bo pierwszy dzień przecież mamy za sobą!
A po powrocie do domu i zjedzeniu obiadku czekała na Amelkę niespodzianka! Gra z Kubusiem Puchatkiem i pudełko ulubionych ciastek od taty za grzeczne sprawowanie pierwszego dnia :)
A jutro nie lada gratka bo relacja z pierwszego dnia w przedszkolu napisana przez samego Amelkowego Tatę :) W końcu to on tam był i wszystko widział :)
ps. na koniec ogłoszenia parafialne i przypomnienie, że w drugim tygodniu września blog zostanie zamknięty i dostęp do niego będą miały jedynie wybrane osoby. Wszystkich chętnych cichych (i nie tylko) czytaczy, którzy nadal chcą być z nami (a jeszcze tego nie zrobili) proszę o zostawienie swojego adresu email w komentarzu pod dzisiejszym postem lub proszę o napisanie na adres amelkowamama@gmail.com




ewa77wip@wp.pl .pozdrawiam .cichy czytacz
ReplyDeletenati298@wp.pl Cichy czytacz i tez mama Amelki:)
ReplyDeletePrawdziwy przedszkolaczek:)
ReplyDeleteFajnie wygląda ta gierka z Kubusiem, mogę spytać o co w niej chodzi?
I oczywiście zgłaszam się do podczytywania: madzikziobro@gmail.com
Wszyscy chętni dostaną oczywiście zaproszenie do bloga po jego zamknięciu. Zajmę się tym w drugim tygodniu września ponieważ mam wtedy urlop i mam nadzieję, będę mieć trochę więcej czasu na wprowadzenie wszystkich planowanych zmian. Gra z Kubusiem nazywa się 'Winnie the Pooh hopping honey pots game" i polega na podrzucaniu garnków z miodem w momencie kiedy nadlatuje do nich pszczoła, tak aby ich nie zrzuciła. Fajna zabawa nie tylko dla dziecka ale i całej rodzinki :)
Delete