About Me

My photo
Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,

Sunday, 13 November 2011

someone, shoot me please!

Walczę z tzw. "wirusem zimowym", całonocna biegunka i wymioty plus mega ból żołądka.
5 kolegów z pracy też to ma i dziś chyba naprawde Ci, którzy przyszli do pracy mieli ciężki dzień.
Nie lubie zawodzić i nie przychodzić do pracy, ale dziś naprwde to było ponad moje możliwości...
A wszystko przeplatane myślą, żeby tylko nie zarazić Amelki!
Jak się jakoś ogarnę znów będę pisać..

oby tylko przetrzymać jakoś kolejne 2-3 dni i będzie znowu dobrze...

Thursday, 10 November 2011

stary blog

Nasz poprzedni blog na Operze, nie zostaje skasowany i mam nadzieję, że uda mi się go zachować dla Amelki na pamiątkę.
Dla zainteresowanych podaję poprzedni adres:
http://my.opera.com/AmelkowaMama/blog/

A od dziś już na blogspocie, na bierząco i regularnie.
Dobrze się tu z Amelką czujemy :)

Z archiwum Amelkowej Mamy - Październik 2011

Trochę to trwało, ale doszliśmy właśnie do ostatniej "archwialnej" notki i od kolejnego posta będziemy prowadzić bloga na bieżąco.
Zależało mi na opisaniu poprzedniego roku, przede wszystkim dla Amelki. Mam nadzieję, że kiedyś w przyszłości będzie mogła poczytać moje wpisy osobiście i że będzie to dla niej jakaś pamiątka.
Pisałam to wszystko też niejako dla siebie i Marka. Mając małe dziecko w domu, dużo się dzieje niemal każdego dnia a z upływającym czasem pamięć staje się coraz bardziej zawodna i wydarzenia, które szczególnie chcielibyśmy zapamiętać stają się coraz bardziej ulotne aż w końcu zapomniane.
Mam nadzieję, że dzięki temu blogowi choć trochę zostanie zachowane.

Październik, to miesiąc w którym po niemal rocznej przerwie (nie licząc pojedynczego lipcowego posta) wróciłam do blogowania. To miesiąc odkrycia blogspota i pierwszych planów przeprowadzki blogowej.
Jak narazie jestem z nowego miejsca bardzo zadowolona, jakby weny przybyło i aż chce się pisać więcej.
Oby tak dalej :D

A poniżej, dwa październikowe posty (ostatnie jakie ukazały się na poprzednim blogu)


włoska zupa i jej wpływ na dziecko smile


W trakcie piątkowego spaceru poszłyśmy z Amelką do pobliskiego parku, przez który przepływa rzeka.
Nad rzeką pełno ptactwa - kaczek i łabędzi, na widok których Amela woła - Mamuś! Ducks!!
No są kaczuchy córciu, a to duże białe co do nas płynie to co to??
Amela bez chwili wahania odpowiada - PENGUINS smile

Wednesday, 9 November 2011

Z archiwum Amelkowej Mamy - Wrzesień 2011

W tym roku we wrześniu, dowiedzieliśmy się, iż Amela dostała miejsce w wybranym przez nas przedszkolu państwowym i w związku z tym po ukończeniu 3go roku życia będzie jak każdy szkocki maluch spędzać w przedszkolu ok 3h dziennie.
Z jednej strony nie jest to za wiele, zwłaszcza jeśli chciałoby się już wtedy wrócić do pracy w tygodniu ale z drugiej strony ma to być przygotowanie dziecka tylko do szkoły podstawowej, w której też nie spędza się jeszcze zbyt wiele czasu.
Lepiej więc oswoję się z myślą, że moje weekendy jeszcze przez kilka lat nie będą należeć tylko do mnie i rodzinki.

Co do samego września, to okazało się, że będąc w domu 5 dni w tygodniu, znów mam na wszystko dużo czasu. Jest go naprawdę sporo na zabawę tylko z Amelką, jest w końcu czas na gotowanie obiadków rodzince i zjadanie ich we wspólnym gronie i jest dużo czasu właściwie na wszystko.
Znów zaczęłam więcej czytać i cieszyć się drobnymi przyjemnościami dnia codziennego, o których właściwie już przestałam pamiętać.
Dobrze mieć samodzielne dziecko, które potrafi się zając samo sobą i pobawić ładnie dłuższą chwilę.
Mam wrażenie, że zwłaszcza od powrotu z Polski Amelka bardzo "wydoroślała". Zrobiła się bardziej samodzielna, coraz więcej nowych rzeczy ją interesuje, coraz więcej i coraz szybciej się uczy.
Jako jedynaczka (jak narazie) wychowywana z dala od najbliższej rodziny i w towarzystwie głównie dorosłych, Amela szybko nauczyła się czuć bardzo dobrze tylko we własnym towarzystwie.
Oczywiście ma dni kiedy uwielbia zabawę z innymi dziećmi (nie miała nigdy problemu z aklimatyzacją w przedszkolu i zabawami grupowymi), uwielbia bawić się z innymi dziećmi na placu zabaw. Ale kiedy jest tych zabaw i towarzystwa za dużo, lubi wracać do domu i mieć swoje zabawki i swój mały pokoik tylko dla siebie.
Podobnie jest z towarzystwem moim i Marka. Są dni, kiedy do zabawy jesteśmy Amelce niezbędni i wtedy przychodzi i ciągnie za rękę, zaprasza do zabawy i tłumaczy po swojemu czego od nas oczekuje (śmiesznie to brzmi wszystko wymieszane w języku polskim, angielskim i amelki własnym :) ) A czasem są dni kiedy najlepiej czuje się w towarzystwie swoich ulubionych misiów i lalek i rodzice sa jej do niczego nie potrzebni.

Rośnie to nasze Maleństwo i chwilami serce się ściska na wspomnienie jaka jeszcze niedawno była nieporadna i we wszystkim od nas zależna a jak bardzo chce już teraz być samodzielną i dużą dziewczynką.
A dla mnie i tak już zawsze będzie maleńkim Okruszkiem <3

Z archiwum Amelkowej Mamy - Sierpień 2011

Sierpień w tym roku to powrót do szarej szkockiej rzeczywistości.
Powrót z wakacji (jak dobrze, że są te setki zdjęć do których można wracać i oglądać godzinami i przywoływać wspomnienia) oraz powrót do pracy.
Po urlopie zaczęła mnie obowiązywać nowa umowa w pracy (zmieniona zresztą na moją prośbę). Zamiast dotychczasowych 34h tygodniowo, pracuję tylko 27.5h i to na dodatek tylko w weekendy (w każdy piątek pracuję od 13.30-19.30 i w każdą sobotę i niedzielę od 7.30-19.30). Niestety oznacza to, że nie ma mnie w domu całe weekendy (czasem Amelka mnie w ciągu tych kilku dni nie widuje wcale a czasem jakieś 30min dziennie). Z drugiej jednak strony nie muszę się martwić o przedszkole, opiekunki do dzieci i mogę się Malutką zajmować jeszcze jakiś czas osobiście.
Coś za coś :)

Z archiwum Amelkowej Mamy - Lipiec 2011 cz.3

Ponieważ pierwszy tydzień naszego urlopu w Polsce to ciągłe podróże i przemieszczanie się ( wciągu 5ciu dni przejechaliśmy równo 1600km), niniejszy post będzie w głównej mierze w formie fotorelacji.

Nasze podróże w kolejności chronologicznej obejmowały:
Bochnia --> Sochaczew -->Gniezno-->Sochaczew -->Bochnia -->Bieliny k. Kielc --> Bochnia -->Kraków --> Bochnia

Mimo zmęczenia, warto było spędzić te dziesiątki godzin w samochodzie, żeby spotkać ludzi, których tak dawno nie mieliśmy okazji widzieć :)

Fotorelacja z wakacji:

Już pierwszego dnia pobytu w Sochaczewie babcia Emilka i ciocia Monika zabrały mnie na lody :)









babcia zabierała mnie na plac zabaw...










... albo do parku karmić kaczki i gołąbki (bułka choć sucha, Amelce też smakowała :) )










a jak było za gorąco, żeby wyjść na dworek to siedziałam u babci na balkonie i chlapałam się wodą









Pojechałam też do Gniezna odwiedzić dziadka Janusza...










z mamusią i tatusiem na gnieźnieńskim rynku

w Gnieznie poznałam kuzynów, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia...











dobrze, że ciocia Jadzia mnie lubi to może nie będzie zła za bieganie po rabatkach...









w Bielinach odwiedziłam prababcię Marysię
(a że upały dawały się nam mocno we znaki, najlepiej biegało się w stroju kąpielowym)...








..pomagałam cioci podlewać kwiaty w ogrodzie...










...a z babcią Emilką i prababcią Marysią szukałam cienia pod drzewkiem.









byłam też w Królówce u prababci Stasi
















na krakowskim rynku

Z archiwum Amelkowej Mamy - Lipiec 2011 cz.2

Lipiec to lato, słońce, ciepełko i wakacje!!!!!!!
Ponieważ lato w tym roku w Szkocji nie dopisało wcale, tym bardziej nie mogliśmy się doczekać upragnionego urlopu i wyjazdu do Polski...
Nie byłyśmy tam z Amelką prawie od 1.5 roku a Marek to nawet prawie od 2 lat.

Do Polski polecieliśmy 11 lipca i po wylądowaniu przeżyliśmy mega szok termiczny. Wyjeżdzając rano z Edynburga temp. powietarza sięgała jakich 16C, było mgliście i deszczowo. Kilka godzin później wysiadając z samolotu w Krakowie poraził nas upał jakiego nie doświadczyliśmy od ładnych kilku lat - 36C (odczuwalna chyba z 50C), prażące słońce i powietrze, które "stało".
Dla Amelki to było pierwsze w życiu doświadczenie takich upałów i biedna przez pierwsze kilka dni nie mogła sobie z tym poradzić. Pierwszej nocy zasnęła dopiero po 1 nad ranem, przytulona do ściany (żeby było chłodniej) i tuż pod otwartym oknem.

Pierwszy dzień zaraz po przylocie, to przede wszystkim odpoczynek i spędzanie całego czasu ze stęsknioną rodzinką. Tego dnia babcia Ania i dziadek Janek obchodzili też 30tą rocznicę ślubu, więc cały dzień spędzony był tylko w ich towarzystwie. A Amelka szalała wręcz ze szczęścia w towarzystwie kuzynek Maji i Marty :)

Dzień kolejny zapowiadał się na naprawdę dłuuugi.
Najpierw odwiedziłam dawno nie widzianą ulubioną fryzjerkę Iwonę, i z rudej przerobiłam się na blondynkę (zajęło nam to prawie 3h ale tak to jest jak się nie widzi przez prawie 2 lata i oprócz włosów trzeba jeszcze nadrobić wszystkie zaległe plotki :)), po fryzjerze spotkanie z mężem, który ledwo mnie poznał (ale podobał mi się wyraz jego twarzy na widok żony blondynki ;)), szybkie zakupy, powrót do domu gdzie na stole czekał już pyszny babciowy obiadek.
A po obiadku.... spotanie z Kasią, i dawno planowana sesja zdjęciowa.
Sesja trwała prawie 2h, Kasią pstryknęła blisko 600zdjęć, z czego my na koniec dostaliśmy ich ponad 160.
My ze zdjęć jesteśmy mega zadowoleni i od tej pory reklamujemy Kasię i polecamy komu tylko się da.
Profil Kasi można znaleźć na faceboooku i jeśli ktoś jest zainteresowany innymi jej pracami bardzo polecam "Katarzyna Budzyn Photography"


A to kilka wybranych zdjęć z opisanej sesji:











Po powrocie z sesji do domu babci Ani, musieliśmy się znów szybko spakować, wsiąść w samochód i pojechaliśmy w odwiedziny do drugiej babci - Emili.
Ponieważ czekało nas do przejechania blisko 400km stwierdziliśmy, że najlepiej będzie podróżować nocą. Zawsze była większa szansa, że Amelka prześpi większą część drogi, no i nie bez znaczenia była też niższa temperatura powietrza.
Nie wyobrażam sobie Amelki (i nas zresztą też) zamkniętych w samochodzie w blisko 40C upale przez kilka godzin.
No ale najważniejsze, że po kilku godzinach jazdy (choć nie bez przygód) o 2 nad ranem dotarliśmy do Sochaczewa i stęsknionej babci :)