Kolejny już post zalegsięościowy się szykuje... Nie wiem
od czego to zależy ale zdaje mi się, że w czasie letnim moja doba jakoś miała
wiecej godzin. Też pracowałam na noce, prowadziłam dom, opiekowałam sie Amelką
(a czasem jeszcze dorywczo synkiem znajomych od 1 do 3 razy w tygodniu), miałam
czas (i co najważniejsze siłę) na zaplanowanie i doprowadzenie do skutku
przeprowadzki i prawie całkowitego i umeblowania udekorowania naszego nowego
domku. Miałam czas na swoje hafty, gotowanie, pieczenie ciast, szybkie wyprawy
z rodzinką nad morze czy inne pikniki.
Dziś praktycznie poza pracą, szybkim ogarnięciem domu (i
to ze wstydem muszę przyznać, że nie każdego dnia mam na to siłę),
zaprowadzeniem i odebraniem Małej z przedszkola (tu dodadkowe 3 godziny tylko
dla mnie, których nie miałam przed końcem sierpnia), ugotowaniem obiadku dla
rodziny, praktycznie nie mam na nic ani siły ani ochoty. Chyba przeżywam jakiś
dołek jesienno-zimowy, spadek formy czy coś – jakkolwiek by tego nie nazwać
jedyne na co ostatnio mam ochote to spanie, spanie i jeszcze raz spanie – a
najlepiej przy muzyce z radiowej trójki. Co ważne, warto zaznaczyć, że spać mi
się chce jedynie w dzień. Bo w nocy to nieee... Kto by tam marnował czas na
spanie w nocy jak można się bezsennie poprzewracać z boku na bok? Kiedy można
denrerwować Marka i budzić go co chwilę raz to zabierając całą kołdrę, żeby
zaraz po kilku minutach stwierdzić, że jednak jest za gorąco i mu ją znów całą
zarzucić na plecy??? To wszystko w te szczęśliwe 2 lub 3 nocki kiedy nie pracuję
oczywiście. Dzięki bezsenności obejrzałam już wszystkie serie „Chirurgów” czy
„Downton Abbey” i właśnie zastanawiam się jaki by tu serial wziąć na tapetę
jako kolejny??? Przecież coś muszę robić, co nie??
No ale nie o tym miał być ten post. W końcu każdy już wie
o moim rozstrojonym zegarze biologicznym i już się pewno co poniektórym nudzi o
tym czytać (a szczerze to i mnie się nudzi samej o tym pisać).
Post miał być zaległościowy i w związku z tym znów cofamy
się do listopada.
Tym razem do 19go i do pierwszej w życiu Amelkowej
wywiadówki czy jak też tutaj to nazywają do „konsultacji z rodzicami”. Do
wyboru dostaliśmy kilka dat, kiedy to mogliśmy przyjść do przedszkola (19
jeszcze oboje mieliśmy wolne więc bardzo mi zależało, żeby to był właśnie ten dzień
i żeby Marek też mógł tam zemną pójść). Już na progu przywitała nas amelkowa
opiekunka czy też tak zwany jej „key worker” (każda opiekunka ma
przyporządkowaną grupę maluchów, którymi się zajmuje bardziej szczegółowo (coś
na zasadzie naszej Marion-pielęgniarki od dzieci – tylko pracującej z
Krasnalińską na codzień w przedszkolu. To właśnie mrs Coburn, jest
odpowiedzialna za dokładne dokumentowanie jak rozwija się Amelka. Prowadzenie
jej folderu, w którym zapisywane są poszczególne osiągnięcia, zadania, z którymi
po kolei mierzy się nasza dziewczynka, problemy o których chce podyskutować z
rodzicami czy innymi opiekującymi się w przedszkolu paniami. To z nią mogliśmy
porozmawiać o wciąż nas trapiącym problemie mycia zębów przez Amelkę, i to ona zaranżowała specjalnie dla Małej
wizytę w przedszkolu pielęgniarki dentystycznej ze specjalną lekcją poglądową
na temat jak dbać o higienę jamy ustnej. To dzięki niej Amelka wróciła do domu
pewnego pięknego dnia z wielką naklejką zdobiącą sweterek gratulując osiągnięć
w myciu ząbków (choć później sama zainteresowana stwierdziła, że ząbki to ona
myła ale ...konikowi (????!!!))
W każdym razie nie odbiegając za bardzo od tematu i
trzymając się wywiadówki, dowiedzieliśmy się, że Mała nie ma najmniejszych
problemów komunikacyjnych z innymi dziećmi (co chyba było naszym największym
zmartwieniem). Okazało się również, że
podobnie jak w domu Amela usiłuje czasem wymusić coś (najczęściej zabawkę od
innego dziecka) lub okazać swoje niezadowolenie (gdy jest poproszona o zrobienie
czegoś na co nie ma ochoty) przez głośny płacz i łzy jak grochy (ma to
doskonale wytrenowane i umie się tak rozryczeć na zawołanie ;)) ale wspólnie
doszliśmy do wniosku i zasugerowaliśmy opiekunce, żeby w takich wypadkach
poprostu małą zignorowała i nie wdawała się w rzadne dyskusje (sprawdzone w
domu w milionie różnych sytuacji – działa zawsze bezbłędnie bo dziecko znudzone
płaczem, na które nikt nie reaguje szybko znajduje sobie nowe ciekawe zajęcie).
Ze zdumieniem dowiedzieliśmy się również, że Amelka, która
normalnie w domu jest raczej niejadkiem i ma bardzo stałe i konserwatywne
upodobania żywieniowe (mało kiedy dopuszcza jakiekolwiek nowości czy zmiany w
swojej diecie – ku rozpaczy mojej i Marka), w przedszkolu wręcz przeciwnie – z
chęcią zajada zaoferowane jej przekąski i jak stwierdziła opiekunka „she likes
her food” J
Ponoć w przedszkolu obserwują też
małe postępy Amelki w nauce dzielenia się różnymi przedmiotami z innymi
dziećmi. Jako jedynaczka, która zawsze
wszystkie zabawki i naszą uwagę miała niepodzielnie tylko dla siebie musiała
przeżyć niezły szok po wejściu w środowisko przedszkolne i odkryciu, że od tej
pory będzie się musiała i zabawkami i uwagą nauczycielek dzielić z innymi Maluchami.
Generalnie wrażenia z całej
konsultacji odnieśliśmy bardzo pozytywne. Ucieszyło nas, że szybko udało się
opiekunkom rozpoznać wiele z indywidualnych cech naszej Amelki i że pewne jej
predyspozycje, zachowania i charakter są brane pod uwagę w organizowaniu jej
zajęć i włączaniu w różne zadania grupowe. Ewidentnie widać było, że jest
traktowana jak mała odrębna osóbka, której potrzeby, umiejętności a także
niektóre ograniczenia (czy też związane jeszcze z wiekiem, czy też z pewnymi
różnicami kulturowymi czy językowymi) są respektowane i do których odnoszą się
opiekunki ze zrozumieniem i które stopniowo pomagają jej pokonywać.
Z czystym sudmieniem mogę
przyznać, że nasza (ale przede wszystkim Amelkowa) przygoda z rozpoczęciem
edukacji „po szkocku” okazała się o wiele mnie problematyczna i stresująca niż
się na początku o to obawialiśmy J
Oby na kolejnej wywiadówce (czy
też„konsultacji” ;)) humory nam tak samo wszystkim dopisywały i obyśmy się
dowiadywali samych dobrych rzeczy o naszej małej Krasnalińskiej J
Tak sobie myślę, że każdy ma te jesienno-zimowe spadki formy. Najważniejsze to nie zapominać, że one ZAWSZE MIJAJĄ!
ReplyDeleteco prawda to prawda :)
Delete