About Me

My photo
Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,

Wednesday, 12 December 2012

zaległości - cz.2


Kolejny już post zalegsięościowy się szykuje... Nie wiem od czego to zależy ale zdaje mi się, że w czasie letnim moja doba jakoś miała wiecej godzin. Też pracowałam na noce, prowadziłam dom, opiekowałam sie Amelką (a czasem jeszcze dorywczo synkiem znajomych od 1 do 3 razy w tygodniu), miałam czas (i co najważniejsze siłę) na zaplanowanie i doprowadzenie do skutku przeprowadzki i prawie całkowitego i umeblowania udekorowania naszego nowego domku. Miałam czas na swoje hafty, gotowanie, pieczenie ciast, szybkie wyprawy z rodzinką nad morze czy inne pikniki.

Dziś praktycznie poza pracą, szybkim ogarnięciem domu (i to ze wstydem muszę przyznać, że nie każdego dnia mam na to siłę), zaprowadzeniem i odebraniem Małej z przedszkola (tu dodadkowe 3 godziny tylko dla mnie, których nie miałam przed końcem sierpnia), ugotowaniem obiadku dla rodziny, praktycznie nie mam na nic ani siły ani ochoty. Chyba przeżywam jakiś dołek jesienno-zimowy, spadek formy czy coś – jakkolwiek by tego nie nazwać jedyne na co ostatnio mam ochote to spanie, spanie i jeszcze raz spanie – a najlepiej przy muzyce z radiowej trójki. Co ważne, warto zaznaczyć, że spać mi się chce jedynie w dzień. Bo w nocy to nieee... Kto by tam marnował czas na spanie w nocy jak można się bezsennie poprzewracać z boku na bok? Kiedy można denrerwować Marka i budzić go co chwilę raz to zabierając całą kołdrę, żeby zaraz po kilku minutach stwierdzić, że jednak jest za gorąco i mu ją znów całą zarzucić na plecy??? To wszystko w te szczęśliwe 2 lub 3 nocki kiedy nie pracuję oczywiście. Dzięki bezsenności obejrzałam już wszystkie serie „Chirurgów” czy „Downton Abbey” i właśnie zastanawiam się jaki by tu serial wziąć na tapetę jako kolejny??? Przecież coś muszę robić, co nie??

No ale nie o tym miał być ten post. W końcu każdy już wie o moim rozstrojonym zegarze biologicznym i już się pewno co poniektórym nudzi o tym czytać (a szczerze to i mnie się nudzi samej o tym pisać).
Post miał być zaległościowy i w związku z tym znów cofamy się do listopada.

Tym razem do 19go i do pierwszej w życiu Amelkowej wywiadówki czy jak też tutaj to nazywają do „konsultacji z rodzicami”. Do wyboru dostaliśmy kilka dat, kiedy to mogliśmy przyjść do przedszkola (19 jeszcze oboje mieliśmy wolne więc bardzo mi zależało, żeby to był właśnie ten dzień i żeby Marek też mógł tam zemną pójść). Już na progu przywitała nas amelkowa opiekunka czy też tak zwany jej „key worker” (każda opiekunka ma przyporządkowaną grupę maluchów, którymi się zajmuje bardziej szczegółowo (coś na zasadzie naszej Marion-pielęgniarki od dzieci – tylko pracującej z Krasnalińską na codzień w przedszkolu. To właśnie mrs Coburn, jest odpowiedzialna za dokładne dokumentowanie jak rozwija się Amelka. Prowadzenie jej folderu, w którym zapisywane są poszczególne osiągnięcia, zadania, z którymi po kolei mierzy się nasza dziewczynka, problemy o których chce podyskutować z rodzicami czy innymi opiekującymi się w przedszkolu paniami. To z nią mogliśmy porozmawiać o wciąż nas trapiącym problemie mycia zębów przez Amelkę,  i to ona zaranżowała specjalnie dla Małej wizytę w przedszkolu pielęgniarki dentystycznej ze specjalną lekcją poglądową na temat jak dbać o higienę jamy ustnej. To dzięki niej Amelka wróciła do domu pewnego pięknego dnia z wielką naklejką zdobiącą sweterek gratulując osiągnięć w myciu ząbków (choć później sama zainteresowana stwierdziła, że ząbki to ona myła ale ...konikowi (????!!!))

W każdym razie nie odbiegając za bardzo od tematu i trzymając się wywiadówki, dowiedzieliśmy się, że Mała nie ma najmniejszych problemów komunikacyjnych z innymi dziećmi (co chyba było naszym największym zmartwieniem).  Okazało się również, że podobnie jak w domu Amela usiłuje czasem wymusić coś (najczęściej zabawkę od innego dziecka) lub okazać swoje niezadowolenie (gdy jest poproszona o zrobienie czegoś na co nie ma ochoty) przez głośny płacz i łzy jak grochy (ma to doskonale wytrenowane i umie się tak rozryczeć na zawołanie ;)) ale wspólnie doszliśmy do wniosku i zasugerowaliśmy opiekunce, żeby w takich wypadkach poprostu małą zignorowała i nie wdawała się w rzadne dyskusje (sprawdzone w domu w milionie różnych sytuacji – działa zawsze bezbłędnie bo dziecko znudzone płaczem, na które nikt nie reaguje szybko znajduje sobie nowe ciekawe zajęcie).

Ze zdumieniem dowiedzieliśmy się również, że Amelka, która normalnie w domu jest raczej niejadkiem i ma bardzo stałe i konserwatywne upodobania żywieniowe (mało kiedy dopuszcza jakiekolwiek nowości czy zmiany w swojej diecie – ku rozpaczy mojej i Marka), w przedszkolu wręcz przeciwnie – z chęcią zajada zaoferowane jej przekąski i jak stwierdziła opiekunka „she likes her food” J

Ponoć w przedszkolu obserwują też małe postępy Amelki w nauce dzielenia się różnymi przedmiotami z innymi dziećmi.  Jako jedynaczka, która zawsze wszystkie zabawki i naszą uwagę miała niepodzielnie tylko dla siebie musiała przeżyć niezły szok po wejściu w środowisko przedszkolne i odkryciu, że od tej pory będzie się musiała i zabawkami i uwagą nauczycielek  dzielić z innymi Maluchami.

Generalnie wrażenia z całej konsultacji odnieśliśmy bardzo pozytywne. Ucieszyło nas, że szybko udało się opiekunkom rozpoznać wiele z indywidualnych cech naszej Amelki i że pewne jej predyspozycje, zachowania i charakter są brane pod uwagę w organizowaniu jej zajęć i włączaniu w różne zadania grupowe. Ewidentnie widać było, że jest traktowana jak mała odrębna osóbka, której potrzeby, umiejętności a także niektóre ograniczenia (czy też związane jeszcze z wiekiem, czy też z pewnymi różnicami kulturowymi czy językowymi) są respektowane i do których odnoszą się opiekunki ze zrozumieniem i które stopniowo pomagają jej pokonywać.

Z czystym sudmieniem mogę przyznać, że nasza (ale przede wszystkim Amelkowa) przygoda z rozpoczęciem edukacji „po szkocku” okazała się o wiele mnie problematyczna i stresująca niż się na początku o to obawialiśmy J

Oby na kolejnej wywiadówce (czy też„konsultacji” ;)) humory nam tak samo wszystkim dopisywały i obyśmy się dowiadywali samych dobrych rzeczy o naszej małej Krasnalińskiej J

2 comments:

  1. Tak sobie myślę, że każdy ma te jesienno-zimowe spadki formy. Najważniejsze to nie zapominać, że one ZAWSZE MIJAJĄ!

    ReplyDelete