About Me

My photo
Kinia - mama, żona, kochanka,pracocholiczka,namiętnie czytająca tony książek, przyjaciółka, emigrantka wiecznie tęskniąca za Polską ale zakochana w Szkocji,

Tuesday, 1 March 2016

ogarniam się...

Jestem, żyję i ogarniam się ;)

Jakoś udało się nam (rodzinnie) wygrzebać ze wszystkich nękających nas chorób i po totalnie rozwalonym zeszłym tygodniu przyszła pora na powrót do rzeczywistości (kto mnie zna ten wie, że oznacza to powrót planowania i porządku ;))

Tak więc dziś od rana siedzę i planuję nasz cały nadchodzący miesiąc. Robię nasz tradycyjny planner i wpisuję w nim wszystkie zajęcia/szkoły/kursy/wizyty lekarskie etc. Dzwonię po lekarzach/dentystach i umawiam na planowane wizyty kontrolne. Piszę zaległe maile i robię update kalendarza. 

Jakoś tak mam, że jak wszystko jest uporządkowane, zaplanowane i zapisane czarno na białym jestem spokojniejsza i nie tracąc sił i nie stresując się, że o czymś zapomnę mam więcej czasu dla siebie, dla Amelki i Marka :) Wszsycy lepiej na tym wychodzimy jak mam porządek w kalendarzu ;) 

A na dzisiejsze popołudnie zaplanowany jest powrót na siłownię i powiem szczerze, że po 3 tygodniowej przerwie spowodowanej wyjazdem i późniejszą chorobą mam trochę strachu, że jutro nie będę się mogła ruszyć (ale co nas nie zabije, to nas wzmocni czy jakoś tak ;) ) 

Moje dzisiejsze motto: 


*źródło: zdjęcie z internetu

Tuesday, 23 February 2016

o walentynkowej klątwie i byciu optymistą....

Nie wiem co w poprzednim wcieleniu zrobiłam św. Walentemu ale musiało to być coś strasznego, bo od pierwszych wspólnych z amelkowym Tatą walentynek coś nam te obchody święta miłości nie wychodzą. Kiedy wspominam te pamiętne pierwsze wspólne walentynki, to owszem widzę Marka w moim łóżku ALE... powalonego grypą stulecia z niemal 40C gorączką i mnie biegnącą do apteki po coś na zbicie temperatury. A potem jeszcze na koniec dnia ten telefon i wiadomość, że zmarł mój dziadek... A myślałam wtedy, że chłopak nie będący w stanie ruszyć się z łóżka i zabrać mnie na romantyczną randkę to już było źle. Jak widać życie zawsze umie postawić nas do pionu i pokazać co tak naprawdę jest ważne...

Niemniej żeby tradycji stało się zadość, regularnie od tamtych walentynek przed 13 laty, ktoś (Walenty??) czy coś (zły los?) w okolicach 14 lutego zsyła na nasz dom choroby i problemy takie, że witki opadają, Chorowaliśmy oboje rok temu, i dwa lata temu i rok wcześniej. Jedyne "zdrowe" walentynki, jakie pamiętam przez te wszystkie lata to chyba te z 2012 r

W tym roku chciałam oszukać los i myśląc (o ja naiwna), że jesli ten dzien spędzimy osobno to jakos wszyscy cali i zdrowi dotrwamy do końca lutego. No przecież, wylatując do Polski 9go lutego byłam całkiem zdrowa i M. którego zostawiłam w domu też wyglądał na okaz zdrowia. Nawet w samą niedzielę 14 lutego wstałam z uśmiechem i myslą, jak to dobrze witać ten dzień bez zatkanego nosa i tony husteczek walających się w okolicy łóżka. Moja radość niestety była krótkotrwała bo niedługo po śniadaniu dostałam wiadomość od męża iż powalony jakimś paskudnym wirusem spędza dzień w łóżku i ledwo jest w stanie zejść na dół do kuchni po obiad (jak dobrze, że przygotowałam mu te kilka obiadów i zapakowałam do zamrażarki "na wszelki wypadek" ;) )

Radość z mojego dobrego zdrowia też trwała krótko, bo już po trzech dniach od powrotu z Polski i mnie dopadło. W piątek i sobotę w pracy byłam z temperaturą i ledwo dotrwałam do niedzielnego poranka. Od soboty jestem na antybiotyku i choć jestem jeszcze słaba to widzę (optymistycznie) siebie wychodzącą na prostą w ciągu najbliższych kilku dni. Jak dobrze, że Amelia jest zdrowa i chodzi do szkoły a ja korzystając że mam wolne od niedzieli do piątkowego wieczora oszczędzam się, leżakuję to w łóżku, to na sofie etc. Nadrabiam zaległości blogowe, mailowe, filmowe. Czytam książki i generalnie lenię się...

Chyba będę zdrowa bo czuję, że do pasji doprowadza mnie brud, którym zarasta mi dom i mam ochotę, zerwać się z łóżka i ze ścierą przelecieć po wszystkich kątach ;) 
A zaraz potem przypominam sobie, że ja i moje zdrowie i porządny odpoczynek jest ważniejszy niż jakieś tam prasowanie czekające na swoją kolej. Czeka od weekendu to jeszcze przez dzień nic mu się nie stanie... 

Ten 2015 rok w którym mnie nie było w blogowym świecie bardzo dużo mnie nauczył, zmienił i pokazał, że jeśli sama o siebie nie zadbam to nikt tego za mnie nie zrobi. Zycie rzuciło mną o deski i pokazało, że są problemy, które naprawdę mają wpływ na nasze życie, ale nieodkurzone podłogi czy brudny talerz w zlewie wcale do nich nie należą. Dawniej wpadłabym w depresję próbując udowodnić wszystkim (a najbardziej sobie), że ogarniam to wszystko i kosztem swojego zdrowia, szczęścia czy wewnętrznej równowagi miałąbym ugotowany 3 daniowy obiad, błysk w domu i jeszcze dwa etaty w pracy z nadgodzinami zrobione. Tyle, że w końcu doszłam do tego, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze ale że są także i te całkiem nie ważne pierdoły, które zatruwają naszą przestrzeń i burza harmonię. Wiem, że to wszystko bardzo chaotyczne co piszę i może kiedyś, kiedy upłynie wystarczająco dużo czasu uda mi się zebrać wszystkie moje doświadczenia i emocje z tamtego okresu w jedną całość i jakoś to posklejać w zdania nadające się do opublikowania na blogu. 

Dziś przez malutką chwilkę miałam ochotę się nad sobą poużalać i poskarżyć jak jestem słaba i źle się czuję, że mama daleko, mąż w pracy i nawet herbaty nie ma kto przynieść z dołu etc, a potem sama siebie złapałam za "warkoczyk" i ustawiłam do pionu. Kurczę, przecież mam antybiotyk a na zapalenie oskrzeli się nie umiera w dzisiejszych czasach. Przecież, skoro dziś mam siłę pomyśleć o sprzątaniu to jutro pewno będę miałą siłę na ogarnięcie tego bałaganu.A jak nie jutro to pojutrze... No i po herbatkę udało się zejść i nie paść na kuchennym progu ;) 

A w przyszłym roku spróbujemy z M. innego podejścia do 14go lutego i zamiast Walentego będziemy obchodzić św. Cyryla i Metodego (ależ ma ten amelkowyTata czasem pomysły ;) hehe)  

A Walentynki zostawimy innym "zakochanym" jak np mojej niemal 7letniej córce i jej pierwszej szkolnej miłości o pięknym staro-szkockim imieniu Rhuairdh (czyt. Ruri ;) ) 


ps. czy można być pesymistą jedząc jagody?? Bo ja jakoś nie umiem się nie uśmiechnąć na widok tych małych fioletowych kuleczek, które znalazłam w lodówce w trakcie mojej wyprawy do kuchni ;)





Friday, 5 February 2016

krótkie ferie zimowe....

W przyszłym tygodniu wybieramy się z Amelią na krótkie (tygodniowe) ferie do Polski.
Marzyła mi się taka prawdziwa zima, żeby  moje niemal 7 letnie dziecko miało okazję doświadczyć (po raz pierwszy w życiu zresztą) jazdy na sankch czy nartach. Niestety zapowiada się, że pogoda w Polsce będzie bardziej wiosenna niż zimowa....
Nie takie ferie pamiętam ze swojego dzieciństwa. Co się stało z pięknym puszystym śniegiem, lepieniem bałwanów czy budowaniem igloo???

Czy aby doświadczyć zimy musimy wyjechać co najmniej w Alpy??


Nasza Szkocka zima w tym roku wyglądała tak: 
(zdjęcie zrobione 3grudnia z okna mojego salonu na park przed domem)



Wszystko pięknie i bajkowo, okoliczne dzieciaki w ciągu 10ciu minut wybiegły lepić bałwana. Nawet Amela mimo, że była juz po kąpieli i w piżamie, po kolacji szybko się ubrała i wybiegła dołączyć do zabawy. Początkowo wahałam się czy wieczorem jej pozwalać na wyjście z domu a potem stwierdziłam, że to może być jej jedyna okazja na zabawe w śniegu. I oczywiście miałam rację, po około 4godzinach nie było już śladu po tym bajkowym krajobrazie. 
Część znajomych dzieci nawet i tego nie doświadczyło, bo była już w łóżkach kiedy spadł śnieg (było po 20tej) a do rana juz go nie było.

Dobrze choć, że towarzystwo i spotkania z przyjaciółmi w Polsce zapowiadają się liczne to nie będziemy się miały co martwić brakiem odpowiedniej aury :) 

Tuesday, 26 January 2016

wrócić czy nie???

Od dłuższego czasu chodzi za mną myśl o powrocie do blogowania.
Samego wirtualnego światka nie opuściłam nigdy bo byłam tu cały czas i regularnie odwiedzałam swoje stałe blogi (plus kilka nowych) :)

Pisząc ostaniego posta nie sądziłam, że zniknę na tak długo.
Chyba coś się we mnie wypaliło. Mimo iż bywały chwile, kiedy mialam pomysły na nowe wpisy to za nic nie mogłam się zmusić żeby usiąść przy klawiaturze,ubrać swoje myśli w odpowiednie słowa i przelać je na bloga.

Dziś mam poczucie, że jestem wewnętrznie gotowa na powrót. Mam nadzieję, że ktoś mimo tak długiej mojej nieobecności będzie tu jeszcze zaglądał? Że blog powoli się odrodzi i wraz z nim odrodzi się uśpiona we mnie kinia-blogerka ;)

To co??  będziecie ze mną??


Tuesday, 19 August 2014

i po wakacjach...

Pierwszy dzień szkoły Amelki za nami!
Zestresowani byliśmy bardzo (ja i M.) - sama zainteresowana jak mała piłeczka nie mogła usiedzieć na miejscu, żeby dokończyć śniadanie, tak bardzo cieszyła się na myśl o powakacyjnym powrocie do starych kolegów i koleżanek i na myśl o poznaniu nowych

Jutro dzień drugi.
Ciekawe, czy z taką samą radością wstanie o 7 rano jak zrobiła to dziś??
Się okaże....


Thursday, 26 June 2014

last day of nursery...

No ja się pytam gdzie i kiedy minął ten czas?
Dwa lata jak z bicza strzelił zleciało a tu z małego przedszkolaczka wyrosła nam taka duża panienka co to już za kilka tygodni do pierwszej klasy pójdzie.
Pamiętam jak dopiero "przed chwilą" pisałam o moim stresie jak to wszystko będzie i zamartwianiu się czy Amela da radę a tutaj już wakacje dzielą nas od "dużej" szkoły jak ją nazywa Okruszyńska :)

Aż łza w oku się zakręciła, kiedy przeczytałam sobie wspomnienie jej pierwszych chwil w przedszkolu

A tu już taka sytuacja :)




Wczorajsze wielkie przygotowania i samodzielne pisanie kartek dla pań ;)





Thursday, 8 May 2014

za dużo czasu chyba mam....




Za dużo czasu mam - i dużo za dużo go marnuję na głupoty!
Dziś sobie uświadomiłam, że mimo iż lubię być mamą na cały etat (w tygodniu bo w weekendy przecież pracuję) i czekać na powrót Amelki z przedszkola w posprzątanym domu i z gotowym obiadkiem, to o wiele bardziej brakuje mi nauki!
I to takiej prawdziwej - nauki w college'u albo nawet uniwerku.
Chce mi się inwestować w siebie! Rozwijać!
Chce mi się być poza domem, wyjść do ludzi i spotykać kogoś więcej niż tylko inne mamy/babcie/opiekunki przedszkolaków z Amelkowej grupy.
Przez to, że pracuję na noce czasem mam wrażenie, że jestem w domu CAŁY czas!
Dobrze, że po wakacjach Mała idzie do szkoły (nie będzie jej od pon-pt od 8.30 - 15.00 w domu) bo ja już się duszę i też prawdopodobnie wybieram do szkoły :)
Aż micha mi się cieszy na samą myśl!
Na początek jakiś kurs z angielskiego (z językiem nie mam problemów ale żeby uczyć się czegoś więcej potrzebuję na to "papier") a potem kto wie???
Pomysłów mam miliony!

A dziś dzień w rytmie piosenek pana B :)
Kiedyś nie byłam wielką fanką Take That (w ogóle nawet fanką nie byłam a co dopiero wielką) - ale po obejrzeniu poniedziałkowego programu na BBC1 z udziałem Garego i Jamesa Cordena - chyba się zakochałam!
Ten głos! No i te lekko posiwiałe włosy ;) Jako 20latek w ogóle nie robił na mnie wrażenia - ale jako facet 43 letni to już co innego (każdy kto mnie dooobrze zna wie jak uwielbiam lekko srebrne skronie u mężczyzn- nawet M. wie, że nie ma się co martwić siwiejącymi włosami - za to pewnie będzie rozwód jak wyłysieje ;) ) hehe

Uciekam do przedszkola po Amelkę a Was zostawiam z panem Barlow i jego najnowszą piosenką :)

Thursday, 1 May 2014

5 lat

5 lat temu- o godzinie 18.54 nasze życie wywróciło się do góry nogami!
Po blisko 40 godzinnym porodzie w końcu przytuliłam do piersi wyczekane maleństwo!
Dziś to "maleństwo" ma 110cm wzrostu, 23kg wagi i gada jak najęte w dwóch językach :)
5 lat to niby tak nie długo a ja nie pamiętam już jak to było kiedy jej nie było!
Pewno nieraz byłam bardziej wyspana, miałam czyściej w domu i więcej pieniędzy w portfelu - ale to nic w porównaniu do tego uczucia, kiedy zarzucając mi ręce na szyję szepcze do ucha "jesteś najfajna na całym świecie" :)

Ty też jesteś "NAJFAJNA" moja duża, samodzielna dziewczynko! I tak jak to mówią w tym kraju "love you to the moon and stars and back"

Mam nadzieję, że miałaś dziś udany dzień - tak wcześnie rozpoczęty (z wrażenia, że będzie można otwierać prezenty obudziłaś się już o 5.55 ;)), pełen radości, uśmiechów, prezentów, czekolady i ukochanych ludzi przy swoim boku :)

A jutro ciąg dalszy świętowania - przyjeżdza Twoja przyjaciółka Nicola i razem jedziemy do Edynburga na zwiedzanie tamtejszego akwarium i poszukiwanie prawdziwych rekinów :)
W niedzielę, też mamy zaplanowany dalszy ciąg atrakcji i wyjazd na pobliską farmę.

Całość mama pewno poskłada w jeden urodzinowo-majówkowo-weekendowy reportaż i opublikuje na blogu "ku pamięci" :)

Żyj nam STO LAT Panno Okruszyńska :)


Jeszcze w piżamie i przed śniadaniem ale trzeba było przecież wypróbować ten nowy rowerek :)


A takiego pysznego torta pomogłam mamie upiec! Czekoladowo-kokosowo-truskawkowe cudo! 
A przepis mama znalazła jak zwykle u pani Doroty TU 


Tuesday, 29 April 2014

poczytaj mi mamo....

Amelka po obejrzeniu w ostatni weekend "Snow White" (Królewny Śnieżki) co wieczór domaga się przeczytania jej przed snem właśnie tej książeczki. Wczoraj próbowała nauczyć się na pamięć imion wszystkich krasnoludków i nawet nieźle jej szło.

Dziś też przyszła ze "Śnieżką" pod pachą i z dumą oznajmiła mi:
-"Mama a ja znam te wszystkie SMERFY"  :)

Kiedy zaproponowałam jej wybranie innej książeczki, jako że nie bardzo chciało mi się czytać tą samą (wcale nie najkrótszą) historyjkę po raz trzeci z rzędu, Amelia stwierdziła, że w takim razie to ona poczyta mi

A oto niektóre z dialogów, które "przeczytała" (nawet nie zauważyła, że część jej historii była po polsku a część po angielsku ;) )


  • Zła królowa pyta zaczarowane lustro "Mirror mirror on the wall - what's the plan for today???"

  • Rozmowa pomiędzy myśliwym mającym rozkaz zabicia Śnieżki a jego niedoszłą ofiarą:
    • M: Przepraszam, że muszę Cię ubić w lasu
    • Ś: That s not fair!! Aaaaaaaa!
    • M: Uciekaj! Uciekaj! Już Cię prawie ubiłem! Jestem blisko!! 

  • Komentarz Śnieżki, która po raz pierwszy wchodzi do niezbyt czystego domu krasnali: "Ale tu nieładny mess" - a po krótkiej pauzie dodaje - "ale jest peace and quiet"
KURTYNA 
:)

Snow White and seven Dwarfs 
http://disney.wikia.com/wiki/File:Snow-White-and-the-Seven-Dwarfs-classic-disney-6014673-1024-768.jpg

Sunday, 6 April 2014

jestem w niebie i chcę tu zostać na zawsze

Chyba właśnie znalazłam moje ulubione miejsce na ziemi :)
No kto by nie chciał budzić się co rano mając taki widok za oknem???
(Zdj z dziś ok godziny 17 zrobione z naszego prywatnego tarasu)


Friday, 4 April 2014

a już za dwa dni...

Pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy, dziecko, wsiadamy w samochód i uciekamy na całe dwa dni w jedno z najpiękniejszych miejsc w Szkocji - zresztą co ja będę się rozpisywać- wystarczy KLIKNĄĆ i zobaczyć Wyspę Skye w całej swojej okazałości

ps. fimik pochodzi z profilu fb fotografa Marcusa McAdama

Thursday, 3 April 2014

tooth fairy

Tooth fairy znana też w Polsce jako Zębowa Wróżka lub Wróżka Zębuszka była i u Amelki.
Jak już wspominałam w poście o szpitalnej wizycie KLIK wraz z naklejkami, maseczkami chirurgicznymi i innymi "skarbami" Amelia dostała również z wypisem maleńką papierową torebeczkę zawierającą wszytkie trzy wyrwane jej ząbki. Razem z nimi otrzymała też od pielęgniarki instrukcję jak należy wypełnić list do zębowej wróżki i umieścić je pod poduszką.
Oczywiście wszystko wykonała zgodnie z poleceniem i kiedy mocno zasnęła Tooth Fairy (w tej roli AmelkowyTata ;) ) podebrał ząbki i list a zostawił pod poduchą trzy świecące pieniążki :)
Ależ była wielka Amelkowa radość następnego ranka (sama bym się ucieszyła jakby mi ktoś kasę do łóżka podrzucił) i tylko odrobinkę zawiedziona była, tym że mimo iż czekała na spotkanie Wróżki to ta była sprytniejsza :D
No ale zawsze jest następny raz ....


Sunday, 30 March 2014

Mothering Sunday

W tradycji anglosaskiej, co roku, trzy niedziele przed Wielkanocą obchodzona jest tak zwana "Mothering Sunday". To właśnie w ten dzień obchodzi się na wyspie Dzień Matki. Ze względu na ruchomość świąt wielkanocnych, tak i właśnie święto wszystkich mam wypada co roku w innym dniu.
W czwartek zostałam z tego właśnie powodu zaproszona przez Amelkę do przedszkola na "tea party". W odróżnieniu od polskich zwyczajów przedszkolnych, dzieci nie organizują wówczas przedstawień i nie deklamują wierszyków, ale zabierąją każde swoją mamę za rękę i oprowadzają po swoich ulubionych miejscach w przedszkolu i bawią się przez jakiś czas w towarzystwie rodzicielek :)
Po radosnej zabawie, zaproszone zostałyśmy przez panie nauczycielki do stolika zastawionego wyborem ciast i ciasteczek oraz kawy, herbaty czy soku. Dzieci oczywiście też były zaproszone i co chwilę robiąc sobie przerwę w zabawie, przybiegały na "ciacho" a mamy miały okazję na trochę plotek :)
Na koniec, dzieci zaśpiewały nam piosenkę o dniu matki i wręczyły własnoręcznie przygotowane papierowe żonkile :)


Tyle w czwartek :) a dziś dzień właściwy i od tygodni już słyszałam od Amelki, że przygotowywuje dla mnie jakąś "niespodziankę" z tej okazji.
Ponieważ jak to co weekend jestem po (i przed) pracującej nocce, po powrocie do domu nie marzyłam o niczym więcej jak tylko wskoczeniu do łóżka (mega przeziębienie, które mnie dopadło i tony leków, które łykam zwalczając to świństwo jeszcze potęgują uczucie zmęczenia) co też uczyniłam.
Kiedy się przebudziłam - na zegarku była już godzina 13! Słysząc bawiącą się w pokoju córkę, zawołałam ją do swojej sypialni, żeby dać znać iż już nie śpię. Ku mojemu (i Marka) zdziwieniu Amelia wybuchnęła płaczem i długo nie mogła się uspokoić i dopiero po dłuższej chwili udało nam się z niej wyciągnąć, że za wcześnie wg niej się obudziłam i popsułam niespodziankę! Uspokoiła się dopiero, kiedy naciągnęłam kołdrę spowrotem na głowę i powiedziałam, że jeszcze w takim razie wracam do spania (pół godziny ekstra snu to prezent, który chyba każda mama doceniłaby nie tylko z okazji swojego święta ;))

Po krótkiej drzemce usłyszałam Amelię (i M.) wracających na górę. Chwię później drzwi sypialni otworzyły się delikatnie i staneła w nich moja Okruszyńska z wielkim koszem kwiatów a za nią tata z "tacykiem" (jak A. nazywa tacę) pełnym pysznego śniadania i kubkiem gorącej kawy! Śniadanie sporządzone rękami taty zostało według ścisłych instrukcji Amelki! Moje cudo wiedziało nawet, że kawę piję tylko z odrobinką mleka i bez cukru :) Nawet serwetka na tacy miała specjalne, wyznaczone przez A. miejsce :)


A do tego wszystkiego cudna kartka, pierwszy raz samodzielnie podpisana ręką córki :)
Dla takich chwil naprawdę warto żyć!
Oczywiście, Ci co mnie znają wiedzą, że od razu się poryczałam a Amelka dumna z siebie dała mi największego buziaka i wyszeptała do ucha "kocham Cię mamuś"



Friday, 28 March 2014

o poziomkach i innych owocach...

Wiem wiem - tekst o poziomkach o tej porze roku morze faktycznie dziwić :)
Pamiętam, kiedy będąc w ciąży obudziłam się pewnego ranka (była wczesna wiosna - luty albo marzec) z mega ochotą na poziomki! Mimo, że minęło już od tego czasu 5 lat do dziś nie zapomniałam wyrazu twarzy M. i stresu w jego głosie, kiedy mówił "skąd ja Ci wytrzasnę poziomki o tej porze roku i w tym kraju"??? No a kobiecie w 7-8 mcu ciąży faktycznie ciężko jest wytłumaczyć, że nie może dostać tego czego jej się w danym momencie chce zjeść :)
Na szczęście zachcianka była jednorazowa i szybko mi przeszła.
Za to M. pamiętając o tej scenie sprzed lat - spotkawszy w zeszłym roku w centrum ogrodniczym sadzonki poziomek nie zastanawiał się ani chwili - kupił i jeszcze tego samego dnia posadził w ogródku dwa niewielkie krzaczki! Z tych niepozornych roślinek, posadzonych niemal w połowie sezonu wyrósł nam cały wielki gąszcz, który nota bene trzeba było przesadzić tej wiosny bo tak się rozrósł, że zaczął zagłuszać inne roślinki. A poziomek zeszłego lata mieliśmy zatrzęsienie - niemal każdego dnia zbierałam dwie duże garście owoców - część od razu lądowała w brzuchach a część mroziłam. Dzięki łagodnej pogodzie ostatnie poziomki zbierałam jeszcze w październiku (choć owoce i kwiaty widziałam na krzaczkach jeszcze i w listopadzie ale były mokre od deszczu i średnio nadające się do zjedzenia).




Na zdjęciu moja dłoń z wrześniowymi poziomkami :)











Zainspirowana wtorkowym postem Magdy z bloga Moaa's Lifestyle, i ja zaczęłam do swojego (i rodzinki) menu wprowadzać pyszne i przede wszystkim zdrowe koktajle warzywno-owocowe.

Na pierwszy ogień poszedł fantastyczny - intensywnie zielony napój, w którego skład wchodziły: szpinak, seler naciowy, avocado, jabłka, pomarańcze, kiwi oraz sok pomarańczowy. Początkowo miałam trochę obaw co do takiej mieszanki - ale okazało się, że był to strzał w dziesiątkę co udowodniła mi Amela, która po spróbowaniu zarządała całej porcji dla siebie (a kto zna Małą wie jak ortodoksyjna jest w wyborze owoców i warzyw, które trafiają do jej brzuszka - praktycznie poza bananami, jabłkami i winogronem nie uznaje innych owoców). Już wtedy wiedziałam, że "smoothie" jak mówi Amelka będą w naszym domu codziennie. Wczoraj po przedszkolu moja córka sama do mnie przyszła i zarządała, żeby jej zrobić pyszny koktajl - jedynym warunkiem jaki postawiła było aby napój był koloru różowego :) W pierwszej chwili złapałam się za głowę bo jak na złość różowych (czy może raczej czerwonych) owoców w domu chwilowo niet. Na szczęście po chwili przypomniałam sobie o zamrożonych poziomkach. W pięć minut przygotowałyśmy z Małą pyszną mieszankę poziomek, jabłek, jogurtu naturalnego i mleka.
Amelia nie posiadała się ze szczęścia na widok owoców przekształcających się w blenderze w różowe cudo :) A ja ze szczęścia na widok zapału z jakim mój ortodoksyjny owocowy niejadek bierze się do pochłaniania całej wielkiej szklanki koktajlu :)

Historia zatoczyła koło i mimo pięciu lat w końcu doczekałam się swoich poziomek w marcu :)



A dziś zrobiłyśmy z Amelią smoothie w kolorze żółtym (mango, świezy ananas i pomarńcze, seler naciowy i sok pomarańczowy) - przyda nam się trochę słonecznych barw w ten pochmurny i szary dzień! Że o witaminach nie wspomnę ;)






Wednesday, 26 March 2014

o Amelkowej wizycie w szpitalu...

Jak już kiedyś wspominałam na blogu Amela jest (albo raczej była) dzieckiem, które w pewnym momencie swojego życia uznało, że mycie ząbków jest bee.
Kiedyś cieszyłam się, że ząbkowanie i wszelkie dolegliwości z tym związane szczęśliwie przeżyliśmy bez większych dramatów i traumy. Owszem czasem pomarudziła (zwykle na dzień lub dwa) przed przebiciem się kolejnego ząbka ale zawsze kończyło się to posmarowaniem dziąsełek dentinoxem i było po problemie.
Podobnie było ze szczotkowaniem nowych ząbków- Amela uważała je za świetną zabawę - do czasu aż kiedyś mając nieco ponad dwa latka- z dnia na dzień stwierdziła, że jest to czynność, której absolutnie nie może zaakceptować. Od tego czasu zaczął się nasz koszmar (mój i M.), bo nagle okazało się, że aby umyć dziecku ząbki muszą być w domu oboje rodzice! Jedno do trzymania wierzgającego i drącego się wniebogłosy dziecka a drugie do szybkiego operowania szczoteczką! Wiele razy operacja taka kończyła się tym, że zlana łzami była nie tylko Amela ale i ja sama! Niestety mycie ząbków w takich warunkach zrodziło w Amelii obawę przed otwieraniem buźki i wszelkimi wizytami u dentysty. Owszem, regularnie co pół roku odwiedzała ze mną gabinet dentystyczny - ale zwykle kończyło się na moim i dentysty błaganiu ją o pozwolenie zajrzenia w paszczę!
Zeszłego lata, kiedy Amela spędzała wakacje w Polsce z kuzynkami - coś się w niej przełamało i zaczęła powoli sama próbować myć zęby i pozwoliła też sobie w tym pomagać- już nie trzeba było drugiej dorosłej osoby do trzymania jej! Bardzo pomocny okazał się też o dziwo mój smartfon i aplikacja z misiem koalą myjącym ząbki i zegarkiem odmierzającym czas szczotkowania. Amela go pokochała (so did we ;))

Problemów z myciem ząbków już raczej nie mamy ale niestety wcześniejsze niemal dwuletnie zmagania i walka o prawidłową higienę jamy ustnej nie pozostały bez śladu na mleczakach małej.
Kiedy w końcu zimą udało nam się zaciągnąć Amelię do dentysty i ubłagać o zgodę na zbadanie ząbków okazało się, że ma ona już niestety kilka ubytków. Zgoda na przegląd paszczy to niestety w przypadku Amelki nie to samo co zgoda na leczenie. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie dlatego nasz dentysta skierował nas do kliniki dentystycznej przy miejscowym szpitalu na konsultację z dentystą dziecięcym.
Trafiliśmy w końcu na cudowną osobę, z niesamowitym podejściem do dzieci, która tak potrafiła rozmawiać z Amelką, że ta bez gadania zgodziła się na dokładny przegląd ząbków oraz rentgen szczęki i nawet nie drgnęła podczas badania. Niestety okazało się wówczas, że trzy ząbki nie bardzo nadawały się już do leczenia (w Szkocji nie wiedzieć czemu bardzo niechętnie leczą mleczaki - w większości przypadków kończy się na ekstrakcji).
Nasza poniedziałkowa wizyta w szpitalu była właśnie następstwem owej konsultacji. 17 marca o 9 rano stawiliśmy się z Amelką na oddziale chirurgii szczękowej i po rejestracji przyszedł bardzo miły pan anestezjolog (od razu przeszedł z Amelią "na Ty" i kazał jej mówić do siebie Simon ;)) i zaprosił nas do swojego gabinetu na krótką rozmowę.
Po odpowiedzeniu na standardowy zestaw pytań dotyczących alergii, przebytych chorób itp opowiedział Amelii dlaczego tak ważne było, że musiała być na czczo (a kto ją zna to wie jaka robi się nieznośna jak wyjdzie z domu bez śniadanka ;)) oraz opowiedział co będzie się po kolei działo na sali operacyjnej. Wychowani w polskiej rzeczywistości i przyzwyczajeni do tamtejszych zwyczajów szpitalnych bardzo bardzo doceniamy z Markiem fakt, że pozwolono nam z Amelią wejść na samą salę operacyjną, gdzie bardzo miły pan (chyba pielęgniarz) pomógł jej się wdrapać na łóżko. Kiedy już wygodnie sobie leżała - Simon (anestezjolog) poprosił ją o wybranie koloru (i smaku/zapachu?) maseczki do gazu usypiającego. Wybór padł na fioletową o zapachu ciasteczek ;) Dodać muszę, też  że Amela cały czas w ramionach trzymała swoją lalę - bobasa, specjalnie zakupionego na okazję dodania odwagi w szpitalu :) Po krótkiej naradzie z Simonem - nasza córka wybrała też różową (truskawkową) maseczkę dla lalki i dostała nawet rozmiar niemowlęcy, żeby lepiej pasowało :D

Potem lekarz pokazał Amelce jak trzymać maseczkę na twarzy lalki i liczyć do 10ciu żeby ją uśpić, sam powtarzając wszystkie czynności na Amelce. Mała tak była przejęta i skupiona na usypianiu lalki, że sama nie zauważyła kiedy też odpłynęła w objęcia Morfeusza. Dopiero kiedy Amelka była uśpiona i gotowa do zabiegu zostaliśmy z Markiem poproszeni do przejścia do poczekalni. Sam zabieg i nasze oczekiwanie na szczęście nie trwały długo bo już po około 25minutach poproszono nas spowrotem do sali pooperacyjnej, gdzie Amelka powoli otwierała oczka i zaczynała się wybudzać. Dzięki doskonałej organizacji i współpracy lekarzy z nami - dziecko nawet się nie miało szansy zorientować, że nie było nas przy niej podczas zabiegu i do dziś jest przekonana, że byliśmy z nią cały czas :)
Po wybudzeniu z narkozy, przestraszona i trochę popłakująca Amelka chciała się przytulić do mnie i wstać z łóżka na co miłe pielęgniarki zaprowadziły nas do małego pokoiku sąsiadującego z salą pooperacyjną i wyposażonego w ogromne i mięciutkie fotele, gdzie mogłam usiąść z małą w ramionach. Dostałam też specjalny podkład aby ochronić moje ubranie przed krwią, którą przez jakiś czas pluła Amelia. Przestraszona i zdezorientowana Amelka nie wiedziała przez chwilkę za bardzo co się dzieje i płacząc prosiła nas o zabranie jej do domu. Po dłuższej chwili, kiedy udało się nam ją uspokoić przyszła pielęgniarka sprawdzić czy krwawienie z ust się zatrzymało i czy działanie narkozy całkiem ustało. Dostałyśmy wypis do domu a Amela na drogę jeszcze całą torbę rzeczy - od Simona dostała do zabrania do domu dwie maseczki do gazu usypiającego (dla siebie i lalki) oraz cały zestaw profesjonalnych maseczek i czepków chirurgicznych (mała część z nich zabrała do przedszkola i dołożyła do zabawek w kąciku lekarskim), mięciutką szczoteczkę do zębów do używania przez pierwsze dni po zabiegu, kiedy jeszcze buźka nie do końca była zagojona, oraz cały pakiet naklejek do podziału z przedszkolakami ze swojej grupy. Dostała też swoje wyrwane ząbki zapakowane w specjalnej torebeczce wraz z listem do zębowej wróżki i instrukcją co należy z nimi zrobić aby dostać za nie pieniążka :)
Nasza dzielna pacjentka samodzielnie i z uśmiechem na buźce wyszła z oddziału niecałe 2 godziny po naszym tam przybyciu i wróciliśmy prosto do domu. Dzięki fantastycznym lekarzom i pielęgniarkom mimo wyrwanych 3 ząbków Amelia nie pamięta bólu i dyskomfortu a jedynie to jaki miły był dla niej Simon i reszta personelu i cieszy się ze swoich nowych nabytków do torby lekarskiej :)

Po powrocie do domu zalecone miała spokojne spędzenie popołudnia na sofie i oglądanie bajek oraz jedzenie samych mięciutkich pokarmów (ulubiona zupka, galaretki, lody, budyń) z czego oczywiście chętnie skorzystała :)
A następnego dnia jak gdyby nigdy nic pomaszerowała do przedszkola upewniwszy się wcześniej, że może już biegać i skakać :)

Gdzie tu widać, że przed dwoma godzinami Amelia leżała na stole operacyjnym?? :)


Sunday, 23 March 2014

a za dwa tygodnie...

Za dwa tygodnie o tej porze będziemy w jednym z najpiękniejszych zakątków Szkocji. Zaczarowana i słynąca z pięknych pejzarzy wyspa Skye czeka na nas :) a mieszkać będziemy TU
Chyba nigdy bardziej nie potrzebowałam odpoczynku i chwili oderwania od codziennych problemów tak jak teraz. Najpierw wizyta Amelii w szpitalu i chirurgiczne usuwanie 3 zębów pod pełną narkozą (co miało miejsce w zeszły poniedziałek), potem 4 ciężkie nocki w pracy (dziś ostatnia z nich przede mną) i najgorsza ze wszystkiego piątkowa operacja mamy i wczorajsze i dzisiejsze komplikacje oraz świadomość, że mnie tam przy niej nie ma :( Fizycznie i psychicznie wyczerpujące i depresyjne.
Niech ten tydzień się już skończy i niech kolejny przyniesie lepsze wieści i mniej stresów...

Wednesday, 12 March 2014

ciąg dalszy maratonu..

Cztery 12godzinne nocki za mną - wczoraj miałam wolne ale zamiast odsypiać cały dzień spędziłam w domu z Amelką a wieczorem w kościele bo zostałam poproszona o bycie świadkową na bierzmowaniu córeczki przyjaciółki. A dziś od nowa praca i kolejne 4 nocki przede mną. Na dodatek w ciągu dnia musiałam zaliczyć 2godzinne szkolenie a wcześniej nadgonić z porządkami i pracami domowymi  więc jestem średnio wypoczęta a za 2 godziny znów zawitam w progi pracy i byleby do rana jakoś przetrwać bo jest szansa, że jak wrócę do domu o 7 rano to Amela da mi choć pospać do 9tej...
I tak wygląda moje życie ostatnio, tygodnie lecą, wiosna się skrada a ja sama nie wiem ile mam ze wszystkim zaległości. Niech już będzie początek kwietnia- mam wtedy kilka dni wolnego i już marzy mi się sen dłuższy niż 4-5godzinny. I może czasu na bloga będzie więcej bo tu pomysłów na posty i zdjęć tyle, że głowa boli...


a tu zdjęcie z wczorajszego wieczoru - kiedy po bierzmowaniu skoczyłyśmy z Lianne (moja bierzmowana) i jej mamą do restauracji na szybką kolację (było już po 21 kiedy tam dotarłyśmy) 
Niech zyje przyjaźń polsko-filipińska :)

Thursday, 6 March 2014

coś na pokonanie dzisiejszej depresji...





Kolejny szary, deszczowy, szkocki dzień - mam już dosyć i marzy mi się przeprowadzka w jakieś ciepłe miejsce.A jeśli nie przeprowadzka to choć krótkie wakacje - cokolwiek!



Zamiast tego słucham radia i udaję, że nie widzę tej szarości za oknem.

Dobrze chociaż, że Amelce humor dopisuje a deszcz jest jedynie powodem do założenia kaloszy i poskakania po kałużach w drodze do przedszkola....




Monday, 17 February 2014

allergic..

Dziś czuję się jak ten kot!



A allergię mam dziś na WSZYSTKO! Największą chyba na porządki domowe! Jak już pisałam wczoraj - chce się zakopać w łóżku i przespać ten tydzień ( a najlepiej to zamienić się w niedzwiedzia i obudzić dopiero na wiosnę)!


Sunday, 16 February 2014

zmęczenie materiału...

Znów tu u mnie coś cicho się zrobiło - a tak pięknie zaczął się ten nowy rok na blogu. Niestety z nadejściem lutego po pierwszym w miarę dobrym tygodniu zaatakowały nas choroby! To znaczy bardziej Amelę i Marka a ja latam jak głupia to od jednego do drugiego i podaję lekarstwa, robię herbatki i zamartwiam się jak tylko mama może matwić sie o chore dziecko :( Na dodatek praca na cały etat w trybie nocnym nie pomaga w utrzymaniu przytomności - dobrze, że do czwartku mam już wolne i będę się mogła znów zając naszym domowym szpitalem na pełny etat.

Dlatego też nie było w tym roku posta o Walentynkach (szczerze to mam dość swięta, kiedy to trzeci rok z rzędu właśnie w tym dniu atakuje nas wstrętna grypa), nie będzie też posta o planowanych wyprawach rodzinnych - wstrętne choróbska pokrzyżowały nam wszystkie plany wyjazdowe.

Generalnie to nic mi się nie chce -na siłę też nie będę pisać - myślę, że wrócę na bloga jak trochę podzdrowiejemy i się ogarniemy. Najchętniej zakopałabym się w łóżku i przespała z tydzień!!!

A tu po przepracowanych trzech nockach i dwugodzinnej drzemce po powrocie z pracy trzeba było wstać i zabawiać marudne i chore dziecko! A dzień się jeszcze nie skończył!!!!!!!!!